Opłatki, kreda, kadzidło...


Odwiecznym zwyczajem w naszej parafii (jak pewnie w wielu parafiach w mniejszych miejscowościach) jest roznoszenie opłatków po domach przez organistę, a kadzidła i kredy przez pana kościelnego. Kiedy ukaże się ten numer gazetki, większość z nas będzie już miała za sobą wizytę pana organisty. Wielu z nas mógł on nie zastać w domu lub jeszcze do nas nie dotarł. Pamiętajmy, że nie chodzi tu o sprzedawanie opłatków czy kredy.

Opłatki, które roznosi organista są już poświęcone i nie mają wyznaczonej ceny. Ofiary, które za nie składamy są elementem wynagrodzenia jakie otrzymuje organista od parafian za swoją posługę w parafii. W dużych parafiach miejskich już dawno przyjęto "nowoczesny" system i płaci się organiście normalną pensję co miesiąc. W naszej parafii, jak zapewne w wielu parafiach wiejskich pozostał jeszcze tradycyjny sposób wynagradzania pracowników parafialnych. Organista utrzymuje się z ofiar, które otrzymuje od nas za posługę w czasie ślubów, pogrzebów, chrztów, itp. oraz właśnie podczas roznoszenia opłatków.

Wynika to z tego, że w dawnych czasach trudno było o tzw. "gotowy grosz". Na przykład jeszcze przed II Wojną światową książę Radziwiłł płacił swoim pracownikom głównie w naturze. Podobnie było w parafii. Kilka razy w roku kościelny i organista jeździli po parafii zbierając co kto mógł i chciał dać. Tak było przez wieki. Pozostałością tego zwyczaju jest roznoszenie przez organistę opłatków przed Bożym Narodzeniem i wizyta kościelnego z kredą i kadzidłem tuż przed wizytą księdza po kolędzie.

Tak naprawdę dajemy wtedy ofiarę na utrzymanie przez parafię organisty czy też kościelnego, a nie jak niektórzy myślą, płacimy za opłatek, czy kawałek kredy. Czasami ktoś niezorientowany mówi: w supermarkecie opłatki sprzedaj ą np. po l zł, już sobie kupiłam. Tu chodzi o to, że przyjmujemy poświęcony opłatek czy też kredę i kadzidło, w łączności z parafią i jednocześnie wyrażamy swój ą wdzięczność za posługę organisty i kościelnego.

Moja babcia, urodzona w 1886 r. wspominała, że na przełomie XIX i XX wieku organista sam piekł opłatki. Jako panna śpiewała w chórze parafialnym i w Adwencie, wraz z innymi, pomagała w tej pracy. Zygmunt Szaniawski, kierownik młyna parowego w Zegrzynku, ofiarował na opłatki najlepszą mąkę (a produkowano w młynie kilkanaście rodzajów mąki), a chórzystki pomagały w wypiekach. Nie było tak tylko u nas. Nawet w "Chłopach" Reymonta jest scena wypiekania opłatków.

Przyjmujmy więc życzliwie obu panów: organistę z opłatkami i kościelnego z kredą i kadzidłem. To nie jest handel obwoźny, lecz nasza stara polska tradycja, element naszej kultury. A jeśli ktoś nie ma jeszcze opłatka, to może zwrócić się do organisty.

Anna Kurtycz