Czy kościół coś mi da?


Czasem słyszy się takie retoryczne pytanie od kogoś, kto chce usprawiedliwić swój brak gorliwości w praktykach religijnych. No pewnie - w kościele pieniędzy nie rozdają, a jeszcze na tacę dać trzeba. Jeśli jednak zastanowimy się poważnie nad tą sprawą, z pewnością dostrzeżemy, że jednak błogosławieństwo Boże ma swoją moc. Oto kilka przykładów z życia zwykłych ludzi:

Przykład I.
W mojej rodzinie opowiada się historię naszej krewnej, którą zaraz po II wojnie światowej odwiedził ksiądz z parafii, prosząc o ofiarę na odbudowę kościoła. Miała w domu niewielką sumę - ostatnie pieniądze. Jak je da, co będzie potem. Jednak nie śmiała odmówić. Oddała to co miała. W krótkim czasie jej mąż dostał dobrą pracę i nie odczuli braku. Pan Bóg nie jest św. Mikołajem z bajki i nie przyjdzie z workiem. Daje jednak urodzaje, szczęśliwe zbiegi okoliczności, talenty, które dobrze wykorzystane przynoszą nie tylko duchowe, ale i materialne korzyści.

Przykład II.
W końcu lat 80. rozpoczęła się w mojej wsi budowa gazociągu. W 1990 r. popłynął gaz ziemny. Choć do budowy dopłacała gmina, koszt był dla każdego dość duży - udział w głównej nitce, plan instalacji w domu, piec, licznik. Każdy ponosił też koszty doprowadzenia gazu do domu od głównej nitki. A te nie były małe - l m kosztował ówczesne 5.000 zł. Wielu sąsiadów miało bardzo blisko, gazociąg przechodził przez ich ogródki. My mieliśmy 100 metrów, bo dom stoi w głębi działki. Trzeba było zapłacić 500 tysięcy zł. Były to wtedy wszystkie oszczędności rodziców i moje. Zapłaciliśmy. Był rok 1989. Wkrótce nadeszła reforma Balcerowicza i denominacja. Z 500 tys. zrobiło się obecne 50 zł. Gdyby nie nadążyła się okazja tej pożytecznej inwestycji ile warte byłyby oszczędności całego naszego życia?

Przykład III.
Wraz z rodzicami uzbieraliśmy na kawalerkę w Warszawie. Córka szła na studia, przyda się dach nad głową blisko uczelni. Pieniądze składaliśmy, jak większość sąsiadów, w Spółdzielczym Banku w Serocku. Poszukiwania szły powoli. Ceny były wysokie, pieniędzy było przeważnie za mało. Wreszcie wiosną 1996 roku coś mnie popchnęło do działania. Szukam aż znajdę, postanowiłam. Znalazłam niewielkie mieszkanie w niezbyt drogiej dzielnicy. W czerwcu podpisaliśmy akt notarialny i wpłaciliśmy kilkadziesiąt tysięcy złotych (wtedy płaciło się ok. 1000 zł/m2.) Dosłownie dwa tygodnie potem sąsiadka przyniosła wiadomość, że Bank Spółdzielczy w Serocku zbankrutował. Na zwrot niewielkiej sumy, która jeszcze mi w nim została czekałam kilka lat. I zwracano tylko część oszczędności. Co by się stało, gdyby moja transakcja opóźniła się o kilkanaście dni?

Przykład IV.
Długo zbieraliśmy się z decyzją budowy domu. Nie mieliśmy aż tyle gotówki. Ale zawierzyliśmy Bogu. A potem architekt, pozwolenia itd. Znowu upłynęło masę czasu. Wreszcie wiosną 2006 r. zaczęliśmy budowę domu. Rósł jak na drożdżach. Pod koniec roku był już w stanie zamkniętym, zadaszony, z założoną instalacją elektryczną i hydrauliczną. Na wiosnę został w środku otynkowany i tak wykończony, że można w nim było już zamieszkać. W lecie ocieplenie i budynek był gotowy. Mieliśmy szczęście. W 2006 r. pustaki kosztowały po 5 zł. za sztukę, w 2007 po załamaniu rynku dochodziły do 20 zł. za sztukę. Tak było ze wszystkim, z materiałami, z wykonawcami. Mieliśmy szczęście. Materiały kupowaliśmy z dużym wyprzedzeniem. Ekipy wykonawcze były w miarę rzetelne, kontynuowały prace z poprzedniego roku więc nie windowały mocno cen. Czy było to tylko tzw. szczęście, czy też realna pomoc Pana Boga? Gotówki ledwie starczyło na wykończenie domu, mimo pomocy rodziców z obu stron. Co by było gdybyśmy budowę opóźnili o rok?

Przykład V.
Przełom roku 1994/95. Ciężki atak bólu w okolicy brzucha. Karetka pogotowia. Ostry dyżur. Lekarze nie wiedzą co jest. Decydują się na natychmiastowe rozpoznanie poprzez operację. Po paru dniach druga a następnie trzecia operacja. Usunięte 14 cm złośliwego guza nowotworowego wraz z nerką. Druga nerka bardzo mała. Czy przejmie funkcję? Profesor operujący mnie, człowiek wierzący, chcąc przygotować mnie na najgorsze powiedział, że nie przeżyję trzech miesięcy. Później onkologia, radioterapia, zawierzenie Bogu, modlitwa, wsparcie bliskich i znajomych. Dziś od tego czasu mija 16 lat. Żyję, mam żonę dziecko, dom i wielką wdzięczność do Boga za uratowanie życia.

Dziękujemy wszystkim, którzy podzielili się z nami swoim doświadczeniami. Chętnych do napisania o swoich przemyśleniach prosimy o kontakt z redakcją.

zebrała Anna Kurtycz