Mówili do siebie Leszeczku... Marylko...

Po katastrofie w Smoleńsku zaczęto nagle zaskakująco dobrze mówić w mediach o Lechu Kaczyńskim. Niektórych to zdenerwowało. "Tak go przedtem krytykowali, a teraz nagle tak chwalą" - dziwili się. Czy było to tylko dlatego, że o zmarłych nie wypada mówić źle? Nie sądzę.

W niedzielę, 11 kwietnia, w TYP l zebrani w studiu dyskutanci podkreślali, że media mają wiele na sumieniu, jeśli chodzi o Parę Prezydencką. Nie zależało im aby informować o dobrych cechach Prezydenta. Ktoś powiedział nawet, że dopiero teraz po katastrofie można mówić o wielu rzeczach - poprzednio by nie puścili, albo strasznie skrytykowali.

Komunizm został u nas obalony, ale wiara w istnienie, jedynie słusznych linii, teorii, lub postaw" jest wciąż szczególnie u decydentów popularna. Nie brak też tych, którzy uważając się za "elitę" niszczą myślących inaczej. Bo to oni wiedzą najlepiej.

Czy wiecie, że Lenin nigdy w życiu nie był w żadnej fabryce i nigdy nie rozmawiał z robotnikami? Po co, skoro on i tak wiedział lepiej od nich czego im trzeba. Można się z kimś nie zgadzać, ale nie wolno wyśmiewać i zniekształcać faktów.

Gdyby o ofiarach katastrofy mówiono dobrze tylko z uprzejmości, to skąd dziennikarze nagle w ciągu kilku godzin wzięliby tyle faktów? Środki masowego przekazu to wielka machina, która potrafi pogrążyć nawet najlepszego i wypromować nawet największe miernoty. Pamiętajmy o tym na przyszłość.


W Gali nr 16 z 19 kwietnia przeczytałam artykuł Anny Kaplińskiej-Struss. Uważam, że warto go zacytować bo podaje informacje, których większość z nas nie zna. Jak mieliśmy o tym wiedzieć?

Autorka spotkała się z Parą Prezydencką w Pałacu Prezydenckim w styczniu tego roku. Dziennikarka nie znała ich wcześniej osobiście. "Pani Maria natychmiast mnie objęła, przytuliła i nieoczekiwanie zapytała, czy mam dzieci i jak ma na imię moja córka.

Zrobiło się ciepło i przytulnie, l tak, zanim zaczął się właściwy wywiad, to pani Maria zadała mi mnóstwo pytań. Chciała wiedzieć, jak to jest być dziennikarzem, jak łączy się życie zawodowe z rodzinnym, co lubię, a czego nie w tej pracy"...



W pewnej chwili dziarskim krokiem wkroczył pan prezydent, przeprosił za spóźnienie, usiadł koło pani Marii, objął ją, pocałował. A ja już wiedziałam, że muszę zmienić scenariusz wywiadu. Nastawiałam się na rozmowę z osobami zdystansowanymi, chłodnymi. Szczególnie wobec prezydenta miałam spore uprzedzenia...

Nagle ujrzałam przed sobą dwoje kochających się ludzi. Ujęli mnie tym, jak bardzo silne jest ich uczucie i jak w szczery, naturalny sposób drobnymi gestami je sobie okazują. Patrzyłam na nich z zazdrością. Wydało mi się to zaskakujące, żeby dwoje dojrzałych ludzi tak ostentacyjnie umiało okazywać sobie miłość.

Byłam zdziwiona tym, jak dojrzały mężczyzna, bądź co bądź głowa państwa, wspominając młodość, przytula swą żonę. Każde zdanie zaczynali od "Leszeczku", "Marylko". Trochę się przekomarzali, droczyli. Ale przez cały wywiad trzymali się za ręce. Tych splecionych dłoni nie da się zapomnieć... Myślę, że tak ramię w ramię szli przez całe życie, do końca...

- "Poznaliśmy się w styczniu 76 r. i - nie wiem jak ty, Marylko - ale ja po paru tygodniach miałem poczucie, że cię znam bardzo dobrze. W tym sensie można powiedzieć, że byliśmy jak dwie połówki jednego owocu" - wspominał prezydent.

- "Bo my się, proszę pani, uzupełniamy. Mąż jest słabszy w sprawach technicznych" - wtrąciła pani Maria.

- "O nie!" - ripostował prezydent. "Żarówkę potrafię wkręcić, ale tak poważnie mówiąc, to Maryla wnosiła w moje życie ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Jako mężczyzna bardzo tego potrzebowałem. Szczególnie w okresie stanu wojennego. Świat polityki jest światem trudnym. Nie przetrwałbym tego bez żony...".

Spytałam wtedy o kolor sukienki pani Marii na pierwszej randce. Tego prezydent nie pamiętał. - "Ale jest coś, co zapamiętałem z tego spotkania. Kolor oczu Marylki. Nazywam go: błęki charakterystyczny. To była pierwsza rzecz, którą zobaczyłem - piękne oczy Maryli" - z rozczuleniem opowiadał prezydent.

Zastanawiałam się, dlaczego właściwie mówią o tym tak otwarcie? Byłam przecież obcą im osobą. Ale potem zrozumiałam, że mówią tak szczerze, bo tacy są dla siebie na co dzień.

Pani Maria, patrząc z powagą na męża, kontynuowała: - "U nas przyjaźń bardzo szybko zamieniła się w kochanie Czułam, że bezgranicznie mogę Leszkowi ufać".

Potem były opowieści o ulubionych przez prezydenta Trubadurach i Piotrze Szczepaniku. Byłam przekonana, że ten fragmen Kancelaria Prezydenta usunie z wywiadu. Nie usunęła. Pomyślałam wtedy, że w przypadku Pierwszej Pary nie ma czegoś takiegi jak wykreowany wizerunek. Podczas tego spotkania pokazali się takimi, jakimi naprawdę byli. Oboje uwielbiali filmy. Prezydent, radziecki dramat wojenn "Balladę o żołnierzu", "Karierę Nikodema Dyzmy" z Romaner Wilhelmim czy "Va bank" z Machulskim. Pani prezydentów zawsze wzruszała się na "Casablance" z Bogartem, ale za jeden z głębszych filmów ostatnich czasów uważała "Kolę" Sveraka.br />
- "Szukam głębszego ludzkiego stosunku do człowieka w sztuce - tłumaczyła. "W życiu potrzebne są akty, które nadają głębsz sens temu, czego doświadczamy. Czymś takim był dla nas ślub' "Dla mnie - mówiła dalej pani Maria - wspaniałe jest to poczuci pewności, które zawiera się w akcie ślubu".

- "A ja - przerwał prezydent - żałuję tylko, że postanowiłem sobie, że najpierw doktorat, potem ślub. To była dziecinada".

- "A co, kiedy się ludzie nie rozumieją? - prowokowałam. Zdarza się Wam kompletnie rozmijać w sądach?".

Pani Maria z powagą odpowiedziała: - "Czasami myślimy zupełnie inaczej. Ja się obrażam, mam zadrę w sercu, a mąż kompletnie nie rozumie, o co mi chodzi. Wtedy myślę sobie, że mężczyźni to zupełnie inny gatunek człowieka ...".

Czymś, co dziś może być dla nas wszystkich przesłanien jakie po sobie zostawiła para prezydencka, była rozmowa o miłości. Czym ona jest? Oto, co usłyszałam:

Lech: -"Miłość to przywiązanie. To chęć dawania jak najwięcej dobra drugiej osobie".

Maria: - "Jeśli chodzi o teorię, to ja jestem lepsza, Leszeczku. W młodości moim katechetą był ks. Maliński, przyjaciel Karol Wojtyły, który napisał "Miłość i odpowiedzialność". Miłość to głębokie uczucie, takie, które zagarnia całego człowieka!'

Lech: - "Ważnym tekstem o miłości, do którego warto wracać jest "Pieśń nad pieśniami" i "List do Koryntian"".

W tamtej rozmowie nie mogło zabraknąć polityki. Obydwoje pochodzili z rodzin o tradycjach patriotycznych. Wuj pani Marii zginął w Katyniu. Prezydent był zaangażowany w działalność opozycyjną. W grudniu 81 r. zamknięto całą Komisję Krajową Solidarności. "Gdy nas wieźli w nocy po zaspach i za Wejherowem skręciliśmy w ciemny las, myślałem, że to koniec...".

"Co się wtedy czuje? Fale gorąca uderzają do głowy?" - pytałam.

Lech: "To trudno opisać... Jakieś obrazy, strzępy zdań przelatują przez głowę... Podsumowuje się życie... Dopiero kiedy znaleźliśmy się w kolumnie innych samochodów, zorientowałem się, że może nie będzie tak źle".

Dla pani Marii ta Wigilia musiała być koszmarem... - "Tak. Bo do 22 grudnia nie wiedziałam o mężu kompletnie nic. Dopiero na SB przy Okopowej w Gdańsku usłyszałam, że mogę szykować paczkę żywnościową".

Lech: "Zamknięto mnie dosyć wcześnie, więc mogłem zająć dobre miejsce na sienniku. Tego feralnego grudnia próbowałem przekazać żonie wiadomość przez milicjanta z konwoju do Strzebielinka. Tyle że Marylka nie nocowała już w domu. Przeniosła się z naszą roczną córeczką do przyjaciół".

Czy nie żałowali swego zaangażowania? Czy, tak po ludzku, nie bali się?

Maria: "Opozycja skomplikowała nam życie, ale szłam za Leszkiem. Bałam się, cierpiałam, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, by blokować męża".

- Czy córka Marta nie miała żalu, że taty często nie ma w domu?

Lech: "Na pewno za mną tęskniła i nie rozumiała tylko, dlaczego od czasu do czasu w szybkim tempie przenosiliśmy się do znajomych. Byłem ojcem, który starał się być blisko z córką. To ja co wieczór czytałem jej książki. Znam na pamięć wszystkie bajki. Gdy tylko mogę, czytam je wnuczkom".

W czasie rozmowy pani Maria mówiła, co w/g niej jest istotą macierzyństwa:,,Mieć kontakt, być blisko, rozmawiać o wszystkim".

Lech: "Trzeba też szanować wybory dziecka, rozumieć, że każdy wiek ma swoje prawa. Z tym trzeba umieć się pogodzić".

"Dziecko oducza egoizmu" - mówiła pani prezydentowa. A pan prezydent dodał: "Pamiętam, że trochę byłem zły, że opozycja przyszła wtedy, gdy tak dobrze było mi z Marylka i córeczką".

Widząc naturalność Pierwszej Pary, zastanawiałam się, czy Pałac Prezydencki nie był dla p. Kaczyńskich złotą klatką, miejscem w którym źle się czują.

Pani Maria: "Człowiek sam decyduje, co jest jego więzieniem. Ja nie traktuję życia jak zniewolenia. Zniewolenie tworzy się samemu. Wolność ma się w głowie".

A prezydent dodał: "Nawet gdy spędzamy dzień na różnych piętrach Pałacu, tęsknimy za sobą ogromnie. Mimo iż żyjemy w tym samym miejscu, dzwonimy do siebie po kilka razy dziennie".

Pani Maria mówiła, że w Wielkim Poście ważne jest, by zbliżyć się do ludzi i do tego, co jest Tajemnicą w naszym życiu. Dziś tragicznie brzmią słowa prezydenta, który tak bardzo czekał na święta Wielkiej Nocy: "Mnie bardzo mobilizuje ten czas. Post, oczekiwanie na Zmartwychwstanie, Triduum Paschalne - dla mnie, osoby wierzącej - niesie ogromny ładunek przeżyć. Dla chrześcijanina radość Wielkiej Nocy jest większa, bo jest to zwycięstwo życia nad śmiercią. Dla mnie to szczególnie radosne święta".

Dziennikarka spytała, czy boją się przemijania.

Pani Maria: "Ja nie myślę o tym. Żyję chwilą, cieszę się tym, co jest teraz. Nie analizuję przeszłości, nie wybiegam w przód".

Prezydent:,Aja mam straszliwe poczucie uciekającego czasu".

Na pytanie: Czy polityka jest walką Dobra ze Złem? Prezydent odpowiedział: "Żyję wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że nie ma skończonego Dobra i skończonego Zła".

"Czy według pana Bóg ingeruje w politykę?" - spytałam.

Prezydent: "Polityka to domena człowieka. A człowiek ma wolną wolę. l to od człowieka zależy, czy działa w złej wierze. Myślę, że nawet ci źli mają dobre intencje. Ale są i tacy, którzy mają złe intencje. Mnie polityka zabrała niewinne spojrzenie".

Pani Maria oponowała: "Przecież nie tylko zło jest w człowieku. Moim zdaniem są też przykłady ingerencji Boga w historię, w politykę. Takim był wybór Jana Pawła II na Stolicę Piotrową".

Anna Kaplińska-Struss przyznaje, że nie opublikowała całego wywiadu. Były fragmenty, które nie pasowały do "sylwestrowej" atmosfery. W nieopublikowanej części dużo było o wierze. Prezydent powiedział wtedy: "Jako człowiek wierzący wiem, że wiara jest Tajemnicą. Ona jest dana. Mnie ta łaska jest dana, choć nie musiałem o nią zabiegać. Łatwiej jest wytłumaczyć ten świat, gdy wierzymy w Boga. Bardzo często dochodzimy do granicy poznania, do granic rozumu, inteligencji i wtedy jest miejsce na Niego. Nie będę uprawiał filozofii sensu, ale wiem, że to nie ślepe siłv nami rządzą. Wierze, że iest Coś większego od człowieka",.

"Ale jak konkretnie wiara pomaga Warn żyć?". Pan prezydent odpowiedział: "Mnie bardzo pomaga". Pani prezydentowa zapytała niepewnie: "Czy nie dziwne snuć takie rozważania publicznie?".

Prezydent zaoponował: "A właściwie dlaczego nie, Marylko? Ja powiem głośno, że się modlę. Modlitwa bardzo mi pomaga. Jest wsparciem, gdy człowiek czuje się zagubiony, niepewny. Tyle nieszczęść wokół, chorób, wypadków, śmierci młodych ludzi. Gdyby nie wiara, nie widziałbym w tym wszystkim sensu. To nie może być tylko ślepy los...". ..."Jesteśmy elementem większego planu. Przy całej nędzy, grzechach, świat idzie w lepszym kierunku. Dzięki modlitwie zmieniamy się na lepsze".

Dziś ta rozmowa jest jak testament. Z nim zostaniemy.

Umawiali się na następne wywiady. Nie zdążyli... W pamięci autorki wywiadu oboje pozostaną zwyczajni, ciepli, autentycznie w sobie zakochani. Podziwia ich za to, że nie wstydzili się pokazać swojego uczucia, że byli roześmiani, naturalni, bez pozy, pełni czułości i humoru. "...Po chwili rozmowy wiedziałam, że są dobrymi ludźmi. Takimi, przy których i inni mogli poczuć się lepsi."
Anna Kurtycz

Frag. wywiadu Anny Kaplińskiej-Struss; Gala nr 16; 19.04.2010 r.