Wspomnienie o księdzu Romanie Foryckim SAC


"Ks. Roman Forycki był największym ze wszystkich pallotynów, bo był po prostu święty. Wszyscy co do tego są zgodni. Mam nadzieję, że ruszy kiedyś proces beatyfikacyjny tego niezwykłego Człowieka. Myślę, że wszyscy, którzy Go znali, bardzo tego oczekują." - tak napisał pewien ksiądz, pallotyn, na stronie internetowej KAI, gdzie można było przesłać swoją reakcję na wiadomość o śmierci tego księdza. Zginął w wypadku samochodowym jadąc na urlop do rodziny na Pomorzu. Na jego samochód najechał TIR. Miał 75 lat, w czerwcu br. obchodził 5O-lecie kapłaństwa.

Przez większość życia mieszkał i pracował w Warszawie i w Ołtarzewie. Piszę o nim, bo warto dzielić się wiadomościami o ludziach szlachetnych i o świętych kapłanach. Miałam szczęście go znać i przez dobrych kilka lat z nim współpracować.

Poznałam go w 1987 r. W miesięczniku "Królowa Apostołów" znalazłam zaproszenie od niego - jeśli ktoś chce porozmawiać o swoim zaangażowaniu w kościele, lub szuka w nim swojego miejsca, może przyjść, porozmawiać. Napisałam list i znalazłam się w domu przy ul. Pszczyńskiej w Warszawie. Był to "Dom Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego", czyli dom dla wszystkich, którzy chcieli pracować dla Pana Boga.

Prawdę mówiąc liczyłam na to, że zostanę zaproszona od razu do zorganizowanej grupy, która da mi jakieś zadanie i otoczy opieką. (Wtedy rozpadła się grupa oazowa w naszej parafii i poczułam, że jestem sama). Okazało się, że grupę trzeba dopiero zorganizować - znaleźć ludzi, którzy chcieliby coś robić razem. Ks. Forycki służył lokalem, swoim czasem i wsparciem duchowym. I grupa taka powstała. Dowiedziałam się wtedy co to jest "dzień skupienia" i "kierownictwo duchowe".

Przyszły różne zaangażowania - współpraca z Sekretariatem ŻAK, pisanie do "Królowej Apostołów", tłumaczenia z angielskiego, praca w różnych grupach zadaniowych, gdzie pracowali razem, na równych prawach: księża, siostry zakonne i świeccy.

Ks. Forycki był filozofem. Potocznie myśli się, że są to ludzie bujający w obłokach. Nieprawda. Ks. Roman był niezwykle precyzyjny i konkretny. Poprzez rozmowy i wykonywanie wspólnych zadań nauczyłam się od niego bardzo wiele - np. trzymania się tematu rozmowy, co jest umiejętnością wcale nie tak powszechną wśród dyskutantów. Nauczyłam się także ogromnie dużo o Kościele i roli jaką powinni spełniać świeccy.

Apostolstwo świeckich było jego pasją. Jego pasją była także świętość - główny cel życia każdego chrześcijanina. Jeśli coś nie prowadzi do świętości - nie warto tego robić. Ks. Forycki nie stworzył tu żadnej własnej nauki - z pasją przyjął nauczanie założyciela Pallotynów, św. Wincentego Pallottiego, oraz Soboru Watykańskiego II.

Zgadzam się ze słowami cytowanymi powyżej i cieszę się, że nie jestem odosobniona w poglądach.

Jaki był ten święty ksiądz? Był bardzo radosny, uprzejmy, gotowy pomagać. Zawsze kiedy się go odwiedziło znalazł coś do jedzenia, zupę z obiadu, albo ciasto z imienin. Do dziś uśmiecham się na myśl o serniku wielkanocnym, tak kruchym, że jak sam ksiądz mówił, "wymykał się wszelkim ujęciom".

Pewnego razu spotkałam się z nim po południu i powrót do domu miał już wypaść po ciemku. Ksiądz Roman zaproponował, że odwiezie mnie do PKS. Oczekując, że pojedziemy na Rondo Starzyńskiego, zdziwiłam się, że skręcił w drugą stronę. Zapewniał, że jedzie dobrze i dowiózł mnie aż... do domu w Karolinie.

W naszym kościele jest jeszcze Mszał Rzymski, który na moją prośbę ks. Forycki sprowadził z wydawnictwa z Poznania, bo nie można go było dostać normalnie w sklepie. Dzięki niemu ja z jeszcze jedną osobą z parafii pojechałyśmy na Światowe Dni Młodzieży z Janem Pawłem II do Santiago de Compostella w 1989 r. W nawale zajęć nie zapomniał o nas.

Zawsze miał czas na rozmowę. Wydawało się, że nigdzie się nie spieszy, że ma dla mnie cały dzień. Pewnego razu po skończonej rozmowie - spokojnej jak zwykle, zerwał się i wyszedł z domu razem ze mną. Za 5 minut miał spowiadać u sióstr na sąsiedniej ulicy. A spowiednikiem był poszukiwanym i służył wielu zgromadzeniom.

Był bardzo pokorny. Mając ogromną wiedzę i doświadczenie, nigdy nie narzucał swego zdania. Kiedy zorientował się, że różnice zdań są duże wycofywał się, aby nie powodować konfliktów. Miał opinię świetnego rekolekcjonisty i wielki dar "świeżego spojrzenia" na Pismo św. Kiedy jednak na pewnych rekolekcjach dla młodych ludzi, współprowadząca je siostra zakonna, powiedziała, że konferencje są dla nich za długie, to skrócił je natychmiast bardzo (nie wiem, czy byli zadowoleni). A kiedy kończył się czas wykładu potrafił przerwać w połowie zdania.

Trudno jest opisać świętość. Bo jest taka normalna. Święty jest tak normalny, że można go nie zauważyć. Nie dąsa się, nie rozpycha, nie sprawia przykrości, itp. Sama nie miałabym odwagi tak o nim powiedzieć. Dodały mi odwagi opinie w internecie. Gdy czasami słychać narzekania na księży, ja wtedy myślę, że jest też bardzo wielu prawdziwie świętych kapłanów. Miałam szczęście wielu z nich poznać. W ich szeregu zawsze stawał mi w pamięci ks. Forycki.

W 1993 r., ks. Roman został zaproszony przez biskupa nowej diecezji ełckiej, aby zorganizować tam Wyższe Seminarium Duchowne. Spotykałam go czasem przypadkiem, kilka razy byłam na prowadzonych przez niego rekolekcjach, ale regularne spotkania nie były już możliwe.

O jego śmierci dowiedziałam się w przedziwny sposób. W pierwszym dniu Oazy Domowego Kościoła w Długoborzu k. Zambrowa w diecezji łomżyńskiej, na którą wybrałam się z mężem i synem, ksiądz zapowiedział, że modlić się będziemy za ks. Romana Foryckiego, który zginał w wypadku. Okazało się, że woźny w ośrodku, w którym zorganizowano oazę, należy do Wspólnoty Kapłańskiej Świeckich, którą założył ks. Roman. Ludzie ci, za swój cel obrali sobie modlitwę za kapłanów.

Życie potoczyło się tak, że od dawna nie korzystałam z kierownictwa duchowego ks. Foryckiego. Kiedy jednak przychodziły trudne chwile myślałam, że on na pewno dobrze by mi poradził. Miałam w planach, że kiedyś odnowię kontakt, by zyskać nowe spojrzenie na różne życiowe problemy. "Teraz pozostaje kontakt przez świętych obcowanie i mam nadzieję, kiedyś na spotkanie z Nim przed Panem." - jak napisał ktoś w internecie, wdzięczny za lata kierownictwa duchowego.

Na koniec przytoczę myśli ks. Romana, które pomogły mi bardzo w życiowych decyzjach. Zawsze wskazywał na parafię jako na miejsce, gdzie powinno koncentrować się działanie wiernych świeckich. Szukamy często grup i wspólnot poza parafią, w których czujemy się dobrze. Jednak naszym obowiązkiem jest przynosić to, co w nich zdobywamy do parafii.

Mówił, że człowiek nigdy nie jest powołany do tego, aby być sam. Jeśli wybiera życie inne niż małżeńskie to powinien znaleźć wspólnotę, w której będzie realizował swoje powołanie. Kiedyś miałam tłumaczyć konferencje amerykańskiego księdza. Bałam się, czy dam radę. Powiedział wtedy: "Nie idziesz tam w swoim imieniu. Duch św, ci pomoże". Bardzo mi to pomogło wiele razy.

Ks. Roman wspominał, że zadawał sobie pytanie: "Kim mam być jako ksiądz? - Są księża budowniczy kościołów, księża naukowcy, księża dyrektorzy wydawnictw... Kim mam być?"

Wydawało się, że wszystko sprzysięgło się by został księdzem-naukowcem. Nie dał się. Gdy napisał pracę habilitacyjną i przez roztargnienie zostawił jaw autobusie (wtedy nie było komputerów i był to jedyny egzemplarz) uznał, że Panu Bogu nie zależy na jego habilitacji i drugiej już nie napisał. Koledzy naukowcy mieli o to do niego pretensje - że marnuje swój talent. Ale on chciał być księdzem, który udziela sakramentów i naucza. Spowiadał, rozmawiał, kierował i wyjaśniał. Kiedy zgubił kalendarz, w którym miał zapisane spotkania na rok do przodu, było to dla niego największe nieszczęście jakie mogło się mu przytrafić.

Myślę, że teraz powoli odkrywać się będzie jego zasługi, o których nikomu nie mówił i zajaśnieje prawdziwa świętość. Obyśmy mieli więcej naprawdę świętych, zaangażowanych tak jak on kapłanów.

Anna Kurtycz