2.jpg

niedziela, 02 stycznia 2011

Jezus obejmuje mnie w Sakramencie pokuty...


Kiedy znajduję się w cieniu ubogiej stajenki... Przytulam Dzieciątko w żłobie położone, patrzę z zachwytem na Jego Matkę, która dba o najmniejszy szczegół zaspokojenia potrzeb i pragnień Maleńkiego... kiedy wpatruję się w cichą, silną postać Józefa, jego odpowie­dzialność jako mężczyzny za powierzoną mu Żonę i bezbronne Dzieciątko... wtedy tak sobie myślę...


Co zrobić, aby trwać w owocach Narodzenia Pana? Jak spotkać Jezusa w sposób najdoskonalszy? Oczywiście zaraz schodzę na ziemię i myślę sobie... Moja skażona grzechem natura niestety nie pozwala mi na to, aby w sposób doskonały żyć w Jego Obecności! Mój grzech i moja słabość, które dotykają mnie na każdym niemal kroku... nie pozwalają mi w sposób doskonały przylgnąć do Jezusa! A czyż On nie powiedział?: "Bądźcie doskonali jak Ojciec wasz niebieski jest doskonały"! Bóg powołał nas do świętości. Jak wobec tego tę świętość realizować w swoim życiu?


I znowu wzrok kieruję na Dzieciątko w żłobie położone. Mały Jezus ma szeroko otwarte ramiona... tzn. że czeka, aż przyjdę i zanurzę się w Jego objęciach. Mój wzrok ze żłóbka przenoszę na krzyż... tutaj też widzę otwarte ramiona - do granic możliwości... tyle, że przybite... przez mój grzech! Zanurzam się wtedy cała w tych przybitych ranach - biegnę z radością (choć z niemałymi nieraz oporami) do kratek konfesjonału, gdzie w osobie kapłana odnajduję Jezusa.


Kiedyś przy okazji spotkania z katechetami siostra zakonna, która prowadziła szkolenie na ten temat, powiedziała: stoisz w kolejce do konfesjonału... długa jest, niecierpliwisz się czekaniem... patrzysz, a zamiast kapłana siedzi sam Jezus! Co Mu powiesz?... Zamyśliłam się nad tym pytaniem. Panie, przecież Ty wszystko już wiesz! Lepiej niż ja sama! Ale chcesz, żebym Ci o tym opowiedziała... Hm... ciekawy sposób sobie wybrałeś... Opowiadać głośno o swoich słabościach. No i po co Panie? Po to, moje Dziecko...


I wtedy przyszła myśl: abym to ja usłyszała siebie... abym z wielkim łkaniem duszy mówiła o swoim odejściu od Ciebie, o swojej zdradzie! Ty już dawno umarłeś na krzyżu za każdy mój grzech, który popełniłam i jeszcze popełnię w całym moim życiu i do końca mojego życia! Ty już dawno odkupiłeś mnie, wykupiłeś i obmyłeś swoją drogocenną Krwią! Dlaczego jeszcze mam opory przed korzystaniem z tego sakramentu? Dlaczego w ciasnocie swojego umysłu jeszcze nie mogę tego pojąć! Odwlekam spowiedź, zostawiam na później. Po co?...


Skoro sam Jezus, zasłaniając się osobą kapłana (w tym momencie ogromne dzięki składam Panu Bogu za wszystkich kapłanów) czeka na mnie, aby wysłuchać mnie i udzielić łaski przebaczenia... powinnam zatem zrobić wszystko, aby dobrze przygotować się do tego sakramentu. Kościół - mądra Matka, daje nam ku temu odpowiednią pomoc. Każe spełnić warunki dobrej spowiedzi. Jest ich tylko pięć.


Pierwszym jest rachunek sumienia. Jest to przypomnienie sobie wszystkich grzechów, które popełniałam od ostatniej spowiedzi. Oczywiście rachunek sumienia powinien sięgać głębiej... bo może są grzechy, których zapomniałam wyznać, może są grzechy, które w swoim barku pamięci gdzieś ukryłam, zepchnęłam w podświadomość... i tutaj nieodzowna jest pomoc Ducha Świętego. W ogóle nie ma co zasiadać do rachunku sumienia bez pomocy Ducha Świętego. Trzeba Go prosić o odpowiednie światło, trzeba dać Mu działać, otwierać się na Jego natchnienia. Bez Jego pomocy nie jesteśmy w stanie powiedzieć: "Jezus jest Panem!" moich słabości, odejść, zdrad... zatem przyzywajmy Go z całych swoich sił! Bo tylko On pozwala nam stanąć w prawdzie! Tylko On - Duch Prawdy. Dobrze jest, jeżeli rachunek sumienia na stałe zagości w naszym życiu tzn. nie tylko będę go robić przed każdą spowiedzią, ale również każdego dnia wieczorem. Nie położę się spać dopóki mojemu Panu nie opowiem co dobrego udało mi się zrobić - oczywiście tylko dzięki Jego łasce - ale również z cichym drżeniem serca przeproszę za moje zaniedbania, słabości, upadki... Jeżeli codziennie będę robić rachunek sumienia, łatwiej mi będzie przygotować się do spowiedzi.


Drugim warunkiem dobrej spowiedzi jest żal za grzechy. Jeżeli podchodzę do kratek konfesjonału bez skruchy i wcale nie mam nawet zamiaru za popełnione grzechy żałować, nie mogę otrzymać rozgrzeszenia. Żal może być doskonały i niedoskonały. Ten pierwszy wyraża się w smutku z powodu mojego odejścia od Pana Boga. Cierpię, ponieważ obraziłam Pana, zasmuciłam Go swoim grzechem, zraniłam i porzuciłam Miłość. Natomiast żal niedoskonały przejawia się w tym, że boję się kary, która może mnie spotkać z powodu popełnionego przeze mnie zła. Myślę, że o żal trzeba prosić. O gdybyśmy mogli zobaczyć Jezusa, do którego przychodzi skruszony grzesznik... Nie ma chyba piękniejszego widoku.


Trzeci warunek to mocne postanowienie poprawy. Kiedyś pewien kapłan mocno mnie zaskoczył, kiedy po wysłuchaniu mojej spowiedzi powiedział: No dobrze, to teraz powiedz mi, nad którym grzechem popracujesz, aby wyrzucić go ze swojego życia? No właśnie! Czy mam zamiar coś zmienić w swoim życiu?... czy sakrament pokuty jest dla mnie momentem zwrotnym? Odchodzę od konfesjonału z czystą kartą, co zrobię, aby zapisane były na niej tylko te dobre rzeczy? Oczywiście moja skażona grzechem natura podnosi głowę, ale Jezus znowu czeka na grzesznika. Pomyślałam sobie więc tak: wezmę na warsztat jeden grzech, ten który mnie najwięcej boli i najbardziej przeszkadza w drodze do Pana i spróbuję wyrzucić go z mojego życia. Jeżeli nie uda mi się do następnej spowiedzi... będę pracować dalej. Jeżeli pojawi się myśl po spowiedzi: odtąd już na pewno nie będę grzeszyć, to jestem przekonana, że za pierwszym lepszym zakrętem wyłożę się jak nic! I to będzie bardzo bolesny upadek!


Na raz nie dam rady wszystkiego zmienić... Intencja piękna i trzeba ją pielęgnować, ale jest to po prostu nierealne. Praca nad jednym grzechem, aż uda mi się go zupełnie wykorzenić, wtedy zabieram się za następny. Mocne postanowienie poprawy, jak i każdy inny warunek dobrej spowiedzi jest niezbędny do tego, aby spowiedź była ważna.


Czwartym warunkiem jest szczera spowiedź. Idę i wyznaję szczerze, bez żadnego kamuflażu to wszystko, co było grzechem w moim życiu. Na "pierwszy ogień" niech idą grzechy ciężkie. Trzeba je wyznać co do ilości oraz powiedzieć w jakich okolicznościach zostały popełnione. Nie tworzyć opowiadań, króciutko, ponazywać grzech - tak jak on wyglądał. Nie tłumaczyć się i nie usprawiedliwiać. Pan zna przecież moje serce. Kiedy słuchałam konferencji ks. Piotra Pawlukiewicza nt spowiedzi uśmiechałam się w duchu... Otóż po odejściu Ojca Świętego JP II do domu Ojca, przyszedł do niego do spowiedzi mężczyzna i zaczął tak: "Proszę księdza! 30 lat nie byłem u spowiedzi! Mam się wyspowiadać w szczegółach, czy raczej ogólnie?" Ks. Piotr popatrzył na jego twarz i powiedział ze szczerym uśmiechem: "Zdecydowanie ogólnie!". Jeżeli idę do spowiedzi i owijam grzech w srebrne i złote papierki, tak, aby pięknie wyglądał i aby przypadkiem ksiądz nie domyślił się, o jaki grzech mi chodzi, albo przynajmniej myślał, że nie jest on aż tak wielki... to mam poważną wątpliwość, czy ta spowiedź jest ważna. Grzechy lekkie też trzeba wyznać. Zapomniany grzech na spowiedzi należy wyznać na kolejnej.


Piątym warunkiem jest zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu. Na spowiedzi świętej kapłan zadaje pokutę - trzeba ją odprawić w takiej formie jak ksiądz określił. Bez "kombinowania" i odwlekania w nieskończoność. Pojawia się we mnie często pytanie: czy zdołam kiedykolwiek Panu Bogu zadośćuczynić za popełnione grzechy? Przychodzi odpowiedź: Nie zdołam. Ale będę bardzo się starać! A co z moim bliźnim? Może posłużę się konkretnymi przykładami. Jak zadośćuczynić osobie, którą np. oczerniłam? Trzeba ją przeprosić i odwołać te wszystkie brednie w obecności osób, które słyszały kłamstwa wypowiedziane na temat danej osoby. Jak wynagrodzić komuś, kogo okradłam? Oddać rzecz ukradzioną, a jeżeli to niemożliwe, wynagrodzić oddając pieniądze, bądź kupując coś w zamian. Przykłady oczywiście można mnożyć. Myślę, że można znaleźć sposób, aby wynagrodzić bliźniemu krzywdę, której jesteśmy sprawcami.


Na koniec tych rozważań przyszła mi na myśl pewna konferencja świętej pamięci O. Józefa Możdrzenia SJ, który wypowiedział na rekolekcjach zdanie: "Dzięki Bogu nie lubię się spowiadać"! Otworzyłam wtedy buzię ze zdziwienia i tak sobie pomyślałam: co też ten ojciec znowu wymyślił? Tak na marginesie całe rekolekcje 15-dniowe (I stopień przeżyty w Krościenku) były takim zadziwieniem... Bogu niech będą dzięki! Wracając jednak do myśli: "Dzięki Bogu nie lubię się spowiadać"!... No pewnie, że nie lubię opowiadać o tym, co tam nabroiłam, mówić o swoich odejściach od Pana, grzechach, które oddalają... Podążając jednak za myślą ojca pomyślałam: to naprawdę ma sens! Może przynajmniej taki hamulec powstrzyma mnie od popełniania grzechu? Jeżeli nie popełnię grzechu, nie będę się musiała z tego spowiadać... wstydzić, może lękać... ale nade wszystko nie zdradzę Miłości, która obdarza mnie nieustannie Sobą...


Sakrament pokuty i pojednania... bez niego nic, a nic nie zadzieje się w życiu chrześcijanina!!! Odchodząc od kratek konfesjonału już nigdy nie mogę wrócić do tego co było. Pan mi to wszystko przebaczył, zapomniał. On już nigdy nie będzie pamiętał o moich grzechach, ani do nich wracał. Mam czystą kartę! Moje życie rozpoczyna się od nowa... w towarzystwie niesamowitej łaski Pana! Od tego momentu spoczywam w Jego niezgłębionej Miłości, bez granic, bez warunków, bez pytań z Jego strony. Będę totalnie niemądra, żeby nie powiedzieć głupia! jeżeli z tej możliwości nie będę korzystać! Zatem nie robię długich przerw. Korzystam systematycznie z tego sakramentu... Jeżeli jest coś, co przeszkadza mi w przyjęciu Komunii Świętej to idę NATYCHMIAST do spowiedzi, nawet jeżeli upadek zdarzyłby się dwa dni, po skorzystaniu z sakramentu. Po co odkładać i narażać się na trwanie w zerwanej więzi z Panem? Będę pamiętać, że bez spowiedzi, nic się nie zadzieje dobrego w moim życiu duchowym.


Panie, dziękuję Ci za to, że odkupiłeś mnie swoją drogocenną Krwią. Za każde zapewnienie, które zawsze otrzymuję w sakramencie pokuty: "I ja ciebie nie potępiam, idź w pokoju". Dzięki za wyciągnięcie mnie z dna przepaści, każde przytulenie, podtrzymanie i umocnienie. Trwanie w Twojej łasce jest dla mnie największym szczęściem!


Chwała Tobie Panie!


Agnieszka Frydrych