niedziela, 31 lipca 2011

Kto albo co? może mnie odłączyć od miłości mojego Pana?

Ale najpierw Ewangelia na dziś (Mt 14.13-21)


"Dotknięcie" Jana Chrzciciela w łonie jego matki Elżbiety było dla Ciebie Panie darem... ale jak wielkim dla samego Jana! Dwie kobiety w stanie błogosławionym... i dwóch cudownych chłopców rozwijających się bezpiecznie pod ich sercem... Ain Karim... pamiętasz? To było jakiś czas temu... a teraz słyszysz o jego śmierci... smutno jest, kiedy odchodzi przyjaciel... oddalasz się, wsiadasz do łodzi i odpływasz na miejsce pustynne.


Zapewne się modlisz Panie, rozmawiasz ze swoim Ojcem. Naucz mnie wytrwałości na modlitwie... i nieustannego szukania miejsca pustynnego... takiego, gdzie mogłabym Cię spotkać. Daj mi Panie gorliwość tłumów, które dowiadując się o Twoim odejściu, szukają Cię, idą za Tobą pieszo... być może jest to trudna wędrówka, w słońcu? Zostawiając swoje codzienne zajęcia, przechodząc sporo kilometrów... po to, aby Ciebie spotkać, dotknąć, zobaczyć, posłuchać, w końcu też po prostu poczuć Twoją obecność.


Wśród tego tłumu wędruję i ja.... ze wszystkimi moimi sprawami, szukając Cię nieustannie... bo bez Ciebie nic nie jest ważne i nic nie ma poza Tobą. Ewangelia mówi, że litujesz się nad nimi wszystkimi... a więc i nade mną! Super, a Psalm 145 jeszcze bardziej potwierdza te słowa. Jesteś "...łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy (...) dobry dla wszystkich (...) jesteś blisko wszystkich, którzy Cię wzywają". Niesamowita perspektywa Panie. Dotykasz zatem wszystkich, którzy do Ciebie przychodzą, uzdrawiasz ich! W takim razie dotykasz i uzdrawiasz mnie!


Tak Panie, to się dzieje w każdej Eucharystii, w każdym spotkaniu z Tobą! Nie muszę przemierzać setek kilometrów, szukać cudownych miejsc, by Ciebie spotkać... wystarczy cichy kościół. Wystarczy też modlitwa płynąca z serca... Ty wcale nie potrzebujesz słów, bo Ty już wszystko wiesz... Ty potrzebujesz mnie i mojego czasu... a raczej to ja Panie rozpaczliwie potrzebuję Ciebie. "Wystarczy byś był... nic więcej. Tylko byś był... nic więcej". Twojego dotknięcia doświadczam na każdym kroku... I tak trwam przed Tobą do wieczora, szczęśliwa, że Cię w końcu odnalazłam... że pozwoliłeś się odnaleźć.


Podziwiam troskę Apostołów o ludzi, którzy przyszli za Tobą. Budzi się w nich taki prawdziwy męski rozsądek... "Miejsce tu jest puste i pora już spóźniona. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności". Już widzę Twoich uczniów Panie: padają na twarz ze zmęczenia... pewnie chcieliby najnormalniej w świecie przyłożyć głowę do poduszki. A tu: nie ma! Zaskakujesz ich, ale co tam! Pewnie są do Twoich pomysłów przyzwyczajeni... "Wy dajcie im jeść"... W tym momencie Panie, budzi się we mnie ogromna wdzięczność za Twoich kapłanów, za Twoich wybranych, przez których ręce mnożysz Chleb podczas każdej Eucharystii. Niesamowity dar! I jakaż wdzięczność... dzięki Panie, za sakrament kapłaństwa.


Ale wracając do miejsca pustynnego, na którym również i ja odnalazłam Ciebie. Zaskoczenie, wręcz polecenie: Wy dajcie im jeść, nakarmicie ich, nie potrzebują nigdzie stąd odchodzić.... Już widzę zakłopotanie Piotra i innych: "Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb". Piotrze! No i co z tego, że macie tylko pięć chlebów i dwie rybki? A tłum nieogarniony jak wzrokiem sięgnąć! Macie Jezusa! Czyżbyś zapomniał o pustych stągwiach podczas wesela w Kanie? Masz przy sobie Jezusa! On wie co mówi, a skoro prosi was, abyście nakarmili tłumy, to jesteście w stanie to zrobić.. nie własną mocą, ale Jego! Masz jeszcze jakieś wątpliwości? Nakarm mnie, bo już porządnie burczy mi w brzuchu a wcale nie mam ochoty odchodzić od mojego Pana.


A Ty Panie jak zwykle widzisz naszą nieporadność. I już nawet nie komentujesz... tylko bierzesz sprawy w swoje ręce: Przynieście te chleby i ryby.. a teraz to Panie jazda bez trzymanki Bierzesz chleb, podnosisz wzrok do nieba, odmawiasz błogosławieństwo, łamiesz chleb i dajesz swoim uczniom... a oni tłumom. Karmisz wszystkich.. do syta, pysznym, życiodajnym chlebem. Dzieje się to podczas każdej Mszy Świętej. Dzięki Panie Chojny jesteś maksymalnie, bo z pięciu chlebów nakarmiłeś około pięciu tysięcy mężczyzn, którzy zapewne przyprowadzili swoje rodziny: żony i dzieci. Nakarmiłeś ich do syta i jeszcze zostało... "dwanaście pełnych koszy ułomków". Bo Ty nigdy się nie wyczerpiesz Zawsze Jesteś, pozostałeś obecny w kruszynie Chleba. Moja wdzięczność sięga zenitu, a i tak nie będę w stanie podziękować.


I jeszcze nie mogę pominąć dzisiaj św. Pawła: "Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?" Kiedy się tak zatrzymuję na tym zdaniu, przychodzi myśl: jest niestety wiele spraw, sytuacji, ludzi(?), w końcu i przede wszystkim mojej własnej woli, kiedy schodzę z drogi wiodącej do Pana... a św. Paweł jest PEWIEN! Jego pewność normalnie powala Że nic, ani nikt nie jest w stanie odłączyć nas od miłości Jezusa... co tam: "utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo i miecz (...) Ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym" (Rz 8,35.37-39). Kiedy przeczytałam ten tekst pomyślałam: no i wszystko w temacie! I pomyślałam: miłość Boga jest wierna i niezmienna. Bez względu na to, jakich wyborów dokonam, to On zawsze kocha i będzie kochał. Fajna perspektywa i zapewnienie. A ja wierzę św. Pawłowi... Tylko teraz co zrobię, aby rzeczywiście nic ani nikt nie odłączył mnie od miłości Pana? Bo przecież wolna jestem i mogę wybierać. Tylko czy moje wybory są dobre?...


Błogosławionego dnia


Agnieszka Frydrych