3.jpg

niedziela, 30 stycznia 2011

Czy warto dziecko zabierać na Eucharystię?


Najpiękniejszym momentem w życiu chrześcijanina jest spotkanie z Jezusem w Eucharystii. Msza Święta jest miejscem, gdzie żywy Bóg przychodzi i daje nam siebie cały. Gdyby każdy z nas, był świadomy owoców Eucharystii, nigdy nie pozwoliłby na to, aby nie korzystać z tego pięknego daru. Kiedy tak zatrzymuję się przy ołtarzu... przychodzi mi na myśl obraz rodziny, która z wielką miłością pochyla się nad Tajemnicą Eucharystii.


Już w okresie narzeczeństwa razem z mężem skwapliwie i z ogromną radością korzystaliśmy z tego Daru. Świadomi obecności Jezusa, szukaliśmy Go u kratek konfesjonału. On tam brał nasze grzechy i słabości. Pilnowaliśmy tego, aby każda Eucharystia była przeżyta w sposób pełny tzn. z przyjęciem Komunii Świętej. Kiedy Pan związał nas sakramentem małżeństwa - nasza radość była jeszcze większa, gdyż już nie dwoje, ale jedno byliśmy przed Panem. Kiedy Pan zapalił światełko w moim łonie w postaci naszego pierwszego dziecka już od początku, od poczęcia prowadziliśmy naszą dziewczynkę do świątyni. Chcieliśmy dla niej jak najlepiej. Pomyślałam sobie wtedy: trzeba naszemu dziecku zapewnić jak najlepszą opiekę i jak najlepsze towarzystwo!


Pilnowałam wiec, aby żyć w stanie łaski uświęcającej. Przyjmowałam Jezusa z ogromną radością, powierzając Mu nasze dziecko. Oczywiście mój mąż robił to samo. Tego, co się dzieje w czasie Eucharystii nie można zobaczyć. Ale skoro sprawuje ją sam Bóg, czyż nie dzieją się tam niesamowite rzeczy? A kiedy przychodzi do naszych serc, czyż nie daje nam tego czego potrzebujemy i jeszcze więcej? Jest to ogromna Tajemnica, której słowami wyrazić nie zdołamy. Zatem Jezus, który przychodzi namacalnie w Komunii Świętej, przychodzi i obejmuje także dziecko, które mama nosi pod swoim sercem. Życie w obecności Pana jest pełnią pokoju. Cóż piękniejszego może dać mama dziecku, które rozwija się w jej łonie? Tata, który owoce Eucharystii ofiarowuje za swoja żonę i dziecko - dla mnie taki mężczyzna jest siłaczem i potrafi ochronić swoją rodzinę. Tak było z każdym naszym dzieckiem. Każda z naszych córek, od początku zaistnienia znała dobrze miejsce jakim jest kościół.


Kiedy urodziło się pierwsze nasze dziecko (była późna jesień) bardzo szybko poprosiliśmy o chrzest. Mieliśmy wtedy świadomość, że nasze dziecko przeszło z życia ciemności do Światła, którym jest sam Bóg, że stało się Jego dzieckiem, Jego świętym. Pamiętam była zima, kiedy ubierałam dziecko bardzo ciepło i wiozłam do kościoła na Eucharystię. Nasza córeczka była taka maleńka. Nie przerażały ją głośne organy... znała te dźwięki doskonale z okresu prenatalnego, nie były jej obce. Jako niemowlę przeważnie przesypiała czas spędzony w kościele, ale nawet jak spała, mąż brał ją na ręce i razem szliśmy do Komunii Świętej.


Wierzę, że Jezus mocno przytulał wtedy nasze dziecko i na pewno błogosławił. Kiedy miała kilka miesięcy już nie spała w czasie Mszy Świętej... i niestety część uwagi naszej skupiała się na naszym dziecku, które zaczynało mieć różne pomysły. Minął rok... nasze dziecko nie bało się niczego i nikogo. Nie zrażało go to, że w kościele jest tłum ludzi i że trzeba zachować ciszę! Wtedy pojawiła się pokusa, aby nasze dziecko zostawiać w domu. Po co ma przeszkadzać nam i innym w przeżyciu Eucharystii? Tęskniłam za tym, aby w spokoju i skupieniu przeżyć Mszę Świętą. Na szczęście Pan dał łaskę zawalczenia tej pokusy i postanowiliśmy bez względu na konsekwencje przychodzić do świątyni w całym komplecie.


Kosztowało nas to bardzo dużo. Musiałam cały czas pilnować, by nasze kręcone dziecko, nie zginęło w tłumie. Kiedyś, po którejś Mszy Świętej bardzo zmęczona bieganiem za naszą córką, zaczęłam zastanawiać się co zrobić, aby zmienić nawyki naszego dziecka? Nie chcieliśmy przyzwyczajać dziecko do myśli, że kościół to miejsce, gdzie można zjeść podwieczorek lub słodkiego cukierka. Trafiliśmy, wraz z naszym dzieckiem na rekolekcje dla małżonków i tam Ojciec Jezuita podsunął nam fenomenalną myśl. Prosił, aby kupić dziecku książeczkę z obrazkami o tematyce religijnej. Dziecko miało dostawać tę książeczkę tylko i wyłącznie w czasie, kiedy uczestniczyło w Eucharystii. I gdyby nawet w domu prosiło o tę książeczkę, nie otrzyma jej - dopiero podczas Mszy Świętej.


Muszę powiedzieć, że metoda bardzo się sprawdziła. Przez większość Mszy Świętej nasze dziecko zainteresowane było obrazkami i siedziało jak mysz pod miotłą, a my w końcu mogliśmy odetchnąć i przeżyć normalnie Eucharystię. Teraz przyszła mi do głowy taka myśl: Bóg widzi nasze zmagania, widzi to, że musimy biegać i pilnować naszych dzieci i błogosławi. Wie, że na ten czas dajemy z siebie wszystko, aby być blisko Niego, nawet jeżeli tego nie czujemy, a jesteśmy wręcz sfrustrowani i zniecierpliwieni - często jest to od nas niezależne.


Wszystkie te momenty należy oddawać Panu Bogu i ufać, że On z tego wyprowadzi samo dobro. Książeczka z obrazkami o treści religijnej na wzór książeczki do nabożeństwa to jedno z rozwiązań. Niestety nie działało to na nasze kolejne dziecko. Kiedy wchodziliśmy do świątyni musiałam mieć oczy na około głowy! Trudno mi było bardzo skupić się na tym co się dzieje na ołtarzu. Msza Święta to była jedna wielka gonitwa w poszukiwaniu naszego małego dziecka, które pięciu minut nie mogło ustać w jednym miejscu. Wtedy wpadłam na pewien pomysł...


Ponieważ w niedzielę zawsze było w kościele bardzo dużo ludzi i nawet trudno było się przeciskać przez tłum, pokonując nieustanie drogę od prezbiterium do wyjścia i odwrotnie, po drodze też oczywiście trzeba było zajrzeć do każdego konfesjonału... pomyślałam, że będę przychodziła z naszym dzieckiem na sobotnią Eucharystię. W komplecie zatem maszerowaliśmy do świątyni. O tyle było spokojniej, że ludzi mniej i doskonale widziałam, bez nieustannego "śledzenia" naszego dziecka, gdzie ono aktualnie się znajduje.


Czasami zdarzyło się i zwiedzenie prezbiterium, ale kapłani zawsze życzliwym okiem patrzyli na szkraba gramolącego się po schodach w kierunku tabernakulum. Dziecko przeżyło Eucharystię, nieco krótszą niż w niedzielę, a my, czyli mój mąż i ja z większym skupieniem mogliśmy przeżyć Ofiarę Mszy Świętej. W niedzielę wówczas szliśmy już bez naszego dziecka. Oczywiście jest to środek zastępczy dla bardzo kręconych dzieci, bo kiedy nasze dziecko przeżyło ten czas, a my razem z nim, wróciliśmy oczywiście do niedzielnych Eucharystii. Ważne jest również to, czy przychodzimy na Mszę Świętą dla dzieci - zazwyczaj homilia poświęcona jest wtedy właśnie dzieciom.


Nasza najmłodsza córka ma w tej chwili 6 lat. Nie opuszcza wprawdzie ławki, ale nie usiedzi też w miejscu. Musi mieć zajęcie. Najbardziej zajmującym jest rutynowe przeszukiwanie mojej torebki, wzdłuż i wszerz. Irytowało mnie jej zachowanie, gdyż uważałam, że kompletnie jest rozproszona i w ogóle nie słucha. Jak bardzo zaskoczyło mnie nasze dziecko, kiedy podczas homilii księdza zapytało: mama, a co to znaczy...? I dokładnie powtórzyła zdanie dopiero co wypowiedziane przez kapłana! Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że mimo tego, iż sprawia wrażenie niezainteresowanej, ma uszy i umysł szeroko otwarty na to, co się dzieje, a tylko ręce trochę zajęte!


Nie wymagajmy zatem od naszej pociechy tego, aby całą Mszę Świętą miała złożone rączki, nóżki postawione na baczność, a wzrok skierowany na ołtarz. To dla małego dziecka jest po prostu nieosiągalne! Były również w naszym życiu i takie Msze Święte, które były "przegadane", ale w bardzo myślę pozytywnym znaczeniu. Kiedy ze strony dzieci padało pytanie co 2 minuty: mama, a co to znaczy? Tata, a dlaczego ksiądz jest tak ubrany? Po co siedzi w szaliczku (stule) w tym meblu z kratkami? Pytania płynęły bez końca, ale jeżeli dziecko raz usłyszało odpowiedź, więcej nie wracało do tego pytania. Teraz również pojawiają się pytania, nawet z ust naszego dziecka, które jest w czwartej klasie, ale to naprawdę tylko cieszy! Tłumaczyć dziecku to co się dzieje w Eucharystii jest piękną sprawą, gdyż zdobywa ono większą świadomość.


Mam naprawdę wiele zrozumienia dla rodziców, którzy pokonują siebie i mimo wielu trudności nie pozostawiają swoich dzieci w domu, tylko zabierają na Eucharystię. Jednak muszą być tutaj zachowane pewne reguły. Dziecko musi wiedzieć, że kościół jest miejscem świętym, gdzie przebywa żywy Bóg. Jest to miejsce, w którym należy zachować ciszę i odpowiednią postawę. Nie można pozwolić dziecku na to, aby robiło co mu się tylko rzewnie podoba. Należy tłumaczyć - z miłością, ale bardzo stanowczo.


Pamiętam sytuację, kiedy mimo ciągłego upominania jedna z naszych córek i tak robiła wszystko na przekór. Nachyliłam się i szeptem powiedziałam, że jest mi bardzo przykro, iż nie słucha moich poleceń... zadziałało, ale na krótko. Zostawiłam więc ciągłe upominanie, dotrwałam do końca Eucharystii powierzając nasze krnąbrne dziecko Panu, ale po wyjściu ze świątyni powiedziałam: Ponieważ nie słuchałaś mnie, a twoje zachowanie bardzo przeszkadzało mi w przeżywaniu Mszy Świętej, niestety przez trzy dni nie będziesz oglądała telewizji.


Kara była bardzo dotkliwa., konsekwentnie zrealizowana. Kiedy przyszła następna niedziela, nie było żadnych, nawet najmniejszych problemów z zachowaniem naszego dziecka. I wtedy zrozumiałam: dziecko jednak może spokojnie przeżyć Eucharystię, musi mieć tylko odpowiednią pomoc ze strony rodziców. "Kara" powinna być oczywiście przystosowana do wieku dziecka. A co z dziećmi, które krzyczą, płaczą bardzo głośno i nie chcą się uspokoić? Myślę, że można z dzieckiem wyjść ze świątyni, przynajmniej na chwilę, uspokoić, wytłumaczyć, ale jak najszybciej wrócić do kościoła. Dziecko musi wiedzieć, że płaczem niczego nie wymusi. Bez względu na jego zachowanie, przed ukończeniem Mszy Świętej nie pójdzie do domu.


Jeżeli dziecko jest bardzo "rozbrykane" jednym ze sposobów może być również zdecydowane przytrzymanie na rękach przez tatę i jednoczesne tłumaczenie, że takie zachowanie jest nieodpowiednie w świątyni. Jeżeli dziecko bardzo ładnie pracowało nad sobą i starało się zachować poprawnie, rodzic powinien nagrodzić te starania, a przynajmniej zauważyć i pochwalić. Metoda chwalenia i dowartościowywania jest bardzo skuteczna. Zachęcam, aby w wieczornej modlitwie rodzinnej głośno podziękować Panu Bogu za dobre zachowanie naszych dzieci podczas Eucharystii wtedy, kiedy były grzeczne, albo przeprosić w imieniu naszego dziecka za niestosowne zachowanie. W ten sposób dziecko uczy się modlitwy. Jeżeli ulegniemy pokusie regularnego zostawienia dziecka w domu dla "świętego spokoju", a ono tym samym nie dotknie rzeczywistości Kościoła, nie dziwmy się, że w pewnym momencie starsze już dziecko nie będzie chciało chodzić do świątyni.


Może ktoś czytając o tych wszystkich trudnościach, które napotykają rodzice przychodząc do kościoła z małymi dziećmi, mógłby powiedzieć: no i po co tak się męczyć? Czy nie lepiej zostawić malucha w domu pod opieką babci i spokojnie, na tak zwanym luzie pójść sobie do świątyni i przeżyć spokojnie Mszę Świętą? Może i lepiej - tak wizualnie, a co z prośbą Jezusa, który powiedział: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. Nie zabraniajcie im!" Skoro Jezus tak powiedział, to na pewno jest to bardzo ważne. Więc nie zniechęcajmy się i ponośmy trud przynoszenia, przyprowadzania dzieci do Jezusa. Niestety dzisiaj rodzicom jest coraz trudniej w tym względzie. Dlaczego? Już od małego dziecka zamiast rodziców dana jest elektroniczna niańka w postaci telewizora i komputera. Dziecko, które w ciągu dnia ma potężną dawkę rożnej wiedzy, zupełnie nie kontrolowanej, narażone jest na duchową śmierć. Dziecko bezkrytycznie przyjmuje wszystko co jest mu podane. A gdzie nasza odpowiedzialność jako rodziców? Kiedyś przed Bogiem ujrzymy każdy brak czasu dla naszych dzieci, każdy błąd wychowawczy, zobaczymy kto tak naprawdę wychowywał nasze dzieci...


Na zakończenie piękna myśl, którą kiedyś pewien kapłan podsunął mi jak skarżyłam się, jakie to wychowanie dzieci jest bardzo trudne! Ksiądz odpowiedział mi w formie modlitwy: "Panie Boże, jeżeli Ty nie wychowasz moich dzieci, to ja je tylko popsuję!" Módlmy się za nasze dzieci tak, jakby wszystko zależało od Pana Boga i róbmy swoje w dziedzinie wychowania, jakby wszystko zależało od nas.


Agnieszka Frydrych