poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Dotknąć Jezusa (Mt 14,22-36)


I znowu widzę mojego Pana, który się modli... Trzeba przyznać, że masz te zdolności Panie.. do modlitwy. Wcześniej jednak wysyłasz swoich uczniów - wręcz ich przynaglasz, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Cię na drugi brzeg. Chcesz zostać sam, po to, aby zanurzyć się głęboko w obecności Ojca... piękna sprawa - zanurzyć się w obecności Boga samego. Długo się modlisz, aż do wieczora... a moja łódź odpływa coraz dalej i dalej. I wiesz co? Zaczynam się bać... bo fale uderzają coraz mocniej, a wiatr niezbyt sprzyjający. W takiej samej sytuacji są uczniowie. Bezradni, w końcu silni faceci... ale musieli się mocno starać i na maksa zmęczyć, aby łódź utrzymać na powierzchni. Zamykam oczy... i już jestem w łodzi razem z nimi... i tak sobie myślę.... Że moje życie podobne jest do malutkiej łodzi, która najpierw łagodnie wypuszczona na spokojne jezioro... jest pewna, że do celu dotrze. Ale kiedy pojawiają się przeciwności? W końcu moje własne słabości? wtedy kiedy pojawia się grzech... szarpana jest na różne sposoby i boję się, że może zatonąć.


Ty widzisz zmaganie swoich uczniów, widzisz jak bardzo się starają, aby utrzymać się na powierzchni... dlatego przychodzisz do nich krocząc po jeziorze. No to ostro ... już to widzę. Ciemno, jezioro szaleje do granic możliwości... serca mało z piersi nie wyskoczą... - tak się zastanawiałam dlaczego Apostołowie tak bardzo się bali i tak bardzo zmagali się z tym wszystkim. I odpowiedź przyszła... bo Ciebie nie było w ich łodzi. Tak sobie teraz myślę... dlaczego czasami jest tak ciężko w życiu? Czyżby dlatego, że Ciebie w nim nie ma? Jestem pewna, że właśnie dlatego. No, ale wracając do Twojego wkraczania w życie ... idziesz sobie spokojnie po jeziorze. Wszystko wbrew zdrowemu rozsądkowi.. no bo kto panuje nad prawami przyrody i kto jest w stanie chodzić po powierzchni jeziora?... pływać tak, ale chodzić? Nikt, oprócz Boga samego.


Uczniowie mieli naprawdę jazdę bez trzymanki... ciemno, leje deszcz, fale szaleją, ryczy wiatr... a tu idzie ku nim... jakaś zjawa! Normalnie zaczęli się drzeć w niebogłosy! Przestraszyli się... Drogi Przyjacielu, nie bój się obecności Jezusa, nie bój się i nie lękaj kiedy podchodzi blisko... tym bardziej, że do swojej obecności dodaje cieplutki głos (ja tak myślę po kobiecemu i tak to sobie wyobrażam), bo może to był stanowczy, władczy głos: "Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się". Zawsze ilekroć jest mi źle właśnie to zdanie mojego Pana słyszę...


Ciekawe dlaczego Piotr mówiąc do Jezusa zaczyna słowami: "Panie, jeśli to Ty jesteś..." Czyżby miał jakieś wątpliwości? Jeśli to Ty... "każ mi przyjść do siebie po wodzie". Dla mnie osobiście prośba Piotra jest fenomenalna! Mogę przyjść do Jezusa w każdej sytuacji, w każdym położeniu, nawet wbrew rozumowi... zawsze. Super! Jezus mówi krótko: "Przyjdź". Tak sobie myślę, że wiele razy przychodzę do Jezusa... tylko czasami niestety po drodze wątpię! Przykra sprawa... czasami tak jak Piotr zaczynam się lękać, że czemuś nie dam rady, że coś mnie przerośnie... czyżbym zapominała o obecności Jezusa? O tym, że idę w Jego kierunku i pod Jego okiem dzieje się to wszystko? Więc co mnie tak naprawdę może złego spotkać? I tak jak mój brat Piotr zaczynam wołać: "Panie, ratuj mnie"! A Jezus natychmiast! wyciąga rękę i chwyta mnie. Cudownie być pochwyconym przez Boga! Uwielbiam te momenty, kiedy Jezus mocno mnie chwyta... ale też i zaraz słyszę lekki wyrzut: "Czemu wątpisz, małej wiary?" Zawsze jednak to skarcenie przyjmuję jako głos miłości mojego Pana. I dopiero wtedy jak Jezus wsiada na powrót do łodzi mojego życia... wszystko ogarnia cisza... cudowna cisza, przepełniona Jego obecnością. Upadam wtedy przed Nim, tak jak Apostołowie.. i wraz z nimi wyznaję: "Prawdziwie jesteś Synem Bożym".


Spotkanie z Jezusem zawsze owocuje uzdrowieniem... nie tylko wewnętrznym... ale również na każdej płaszczyźnie mojego życia. Wystarczy dotknąć się "przynajmniej frędzli Jego płaszcza". Dzisiejsza Ewangelia mówi, że "wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni".


Kiedy dotykam Jezusa? W każdym namiocie spotkania, rozważając Jego Słowo i słuchając Go... dotykam Go służąc drugiemu człowiekowi, dotykam Go klęcząc u kratek konfesjonału.. dotykam Go kiedy trwam u Jego stóp podczas Eucharystii... to takie proste. Pytanie, tylko: czy chcę? Bo jeżeli zaczynam tak jak Izraelici szemrać i tęsknić za niewolą... mojego grzechu i wspominać jak to mi było dobrze... to żałosnym człowiekiem jestem, godnym politowania... Bo na co mi wspomnienie tego co było w Egipcie? (mojej niewoli): "ryby, które darmo jedliśmy, ogórki, melony, pory, cebulę i czosnek". Ze smutkiem dzisiaj czytałam Księgę Liczb... i tak się zastanawiałam... co jest najważniejsze w życiu? Pełny brzuch i hołdowanie wszystkim zachciankom... albo życie w niewoli, czy raczej życie w wolności dziecka Bożego? I tak powiem szczerze, że trochę dziwię się Izraelitom, chociaż naprawdę ich rozumiem,... bo manna którą daje Bóg jest najlepszym pokarmem, a Jezus, który daje Siebie całego w Eucharystii jest mega spełnieniem wszystkich pragnień. Czyż nie tak, drogi Przyjacielu?


Agnieszka Frydrych