wtorek, 09 sierpnia 2011

Być oblubienicą Boga (Oz 2,16b.17b.21-22) i (Mt 16,24-27)


I znowu pustynia... Ale jaka! "Na pustynię chcę (cię) wyprowadzić i mówić do (twojego) serca". Tak Panie, kocham to miejsce spotkania z Tobą... pustynię mojego serca. A wiesz dlaczego kocham? Bo to miejsce Ty sam wybrałeś. Zatrzymałam się dzisiaj dłużej nad pustynią mojego serca i zadałam Panu pytanie: czy moje serce jest rzeczywiście pustynią? Pustynia to miejsce totalnie niepożądane, niechciane... gdzie nie ma życia... jak okiem sięgnąć tylko suchy piach i bezlitosne słońce. I pomyślałam: Tak, Panie, chcę, aby moje serce takie było...


Ale zaraz popukałam się w głowę... Jak to!? Moje serce to miejsce, gdzie nie ma życia? kropli wody? Wszędzie zasadzki i niebezpieczeństwa? O nie, Panie, Ty się na pewno pomyliłeś... Ale zrozumiałam... że Pan przychodzi z ogromną miłością właśnie tam, gdzie nie ma życia... przychodzi, aby uczynić wszystko nowe, aby ochronić przed jadem grzechu, wyzbyć ze wszystkich złych przyzwyczajeń... przecież i na pustyni zdarzają się oazy. Świeży, czysty ogród wśród złowrogiej pustyni. Pomyślałam... tak, przychodź do pustyni mojego serca nieustannie... i zamieniaj to co martwe, w to co życiodajne... uzdrawiaj... dotykaj tych miejsc, które potrzebują uzdrowienia...


Z drugiej strony to wyprowadzenie na pustynię serca jest niesamowitym darem... dla mnie samej. I wbrew moim myślom - nieprzychylnym zresztą na temat pustyni - zapragnęłam, aby stać się właśnie takim miejscem. I trochę ze smutkiem stwierdziłam... że to miejsce spotkania niezupełnie jest pustynią... trochę tam jest moich własnych "budowli" ... w postaci "różnych różności"... szukania siebie, myślenia po swojemu, układania sobie planów w tej czy innej sprawie... I pomyślałam... chcę stawać się pustynią, zamieniać w piach to co zbudowałam, aby przygotować miejsce spotkania z moim Panem. Kiedy zapragnęłam stać się pustynią, Pan przez proroka Ozeasza powiedział: "Będziesz mi uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziłaś (z egipskiego kraju)", gdzie wychodziłaś (wychodzisz) z niewoli swoich grzechów...


Pod wpływem tego zdania wypowiedzianego przez mego Pana, zrodziło się pragnienie totalnej uległości w stosunku do Niego. Totalna uległość nie jest prosta wbrew pozorom.. ale natychmiast skojarzyła mi się z zaufaniem Piękna sprawa... ufać Bogu bez granic. I kiedy tak zamyślona trwałam przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie usłyszałam: " Poślubię cię sobie na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana". Dotarła do mnie wtedy niesamowita prawda, którą słyszałam już kilka razy, ale teraz dotarła do mnie bardzo mocno! Jestem oblubienicą Boga! Bóg mnie wybrał i zaślubił sobie. Szooook! taki pozytywny


Jestem mężatką i wiem co znaczy: zaślubić kogoś - konkretnie mojego męża Zaślubić... hmm...od chwili zaślubin zawsze razem, bez cienia rozdzielenia, zawsze czerpać z niesamowitej obecności drugiej osoby, obdarzać swoją obecnością, stawać się bezinteresownym darem, prowadzić nieustanny dialog miłości.... czerpać radość z bycia razem, bezgranicznie ufać, zawsze przebaczać, pragnąć tylko dobra drugiej osoby, czuć się bezpiecznym, WOLNYM, kochać... I pomyślałam: no dobra, mężatką to ja już jestem... ale na to wychodzi, że pierwszym moim Oblubieńcem jest przecież sam Bóg, który mnie zaślubił... wpierw, nim zaczęłam istnieć w łonie mej matki. Taka wiedza i taka świadomość... powala... mnie osobiście.


Ciekawie kończy się zdanie mówiące o zaślubinach: "Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana". Pan odsłania się przede mną... chce, abym Go poznała, ale najpierw muszę być wierna! I przyszła refleksja:... nie muszę! Ale CHCĘ! Wierna... to znaczy chodząca drogami Pana, czerpiąca z Jego myśli, absolutnie kochająca Jego wolę, nawet, gdy czasami po ludzku wydaje się, że "boli"... To co kryje moje serce w związku z tym, że jestem oblubienicą Pana.... - drogi Przyjacielu, który czytasz to rozważanie - też jesteś oblubieńcem Pana! Czy to nie jest dla Ciebie najbardziej optymistyczna wiadomość tego dnia? Całego twojego życia? Zatem kontynuując... jestem oblubienicą Pana... mój słownik jest totalnie ubogi, bo nie jestem w stanie opisać ci co czuje moje serce w związku z tą na nowo odkrytą prawdą... jestem... najprościej mówiąc szczęśliwa.


Z niesamowitą wdzięcznością, mając świadomość, którą starałam się opisać wyżej... czyta się dziś Mateuszową Ewangelię. Jezus mówi: "Jeśli kto CHCE pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje" Jeśli CHCESZ?.... Pewnie, że TAK! Też pytanie?! Chcę... pójść za Tobą Panie! Ale Ty stawiasz konkretne warunki... trzeba się zaprzeć siebie samego, wziąć Twój krzyż, Ciebie naśladować. Wiesz o co prosisz... dlatego wcześniej zaślubiłeś mnie? Wybrałeś na swoją oblubienicę? Po to, abym mogła spełnić warunki kroczenia za Tobą, Ty po prostu do tego mnie uzdalniasz! Nie jest prosto Panie wyzbyć się egoizmu, zaprzeć się swoich złych skłonności, zostawić swój "ulubiony": grzech...


Nie jest łatwo obejmować z miłością Twój krzyż... chociaż Ty dajesz go dopiero w momencie kiedy jestem na to gotowa - ale to już wyższa szkoła jazdy.... Krzyż to takie niesamowite wyróżnienie... otrzymują je ci, których Pan wybiera wystosowawszy wcześniej specjalne zaproszenie... udział w cierpieniu Jezusa jest czymś pięknym. Trudnym, ale niesamowicie potrzebnym. W końcu przychodzi też czas na naśladowanie.... Kiedyś od swojego Przyjaciela dostałam breloczek do kluczy z napisem: "Jezus nr 1". Będę najszczęśliwszą osobą pod słońcem kiedy tę prawdę wcielę z życie... bo kiedy mój Pan będzie na pierwszym miejscu w moim życiu wtedy autentycznie będę Go naśladować.


Dalej mówisz Panie o utracie życia... co Ty do mnie mówisz? Przecież życie jest najcenniejszym darem, a Ty mówisz o stracie... Ale jakaż to błogosławiona strata... "kto straci życie z mego powodu, znajdzie je". " Krejzol" porządny ze mnie, bo chcę na każdym kroku tracić swoje życie z Twojego powodu... i przepraszam, że często niestety mi się to nie udaje:(... Idąc dalej Twoją myślą... pojawia się w Twojej wypowiedzi perspektywa świata - rzuconego do stóp... przypomina mi się kuszenie Ciebie na pustyni... Zły powiedział, że może dać Ci świat. Istota szalenie inteligentna, ale zarazem jak bardzo głupia... chce Cię obdarzyć czymś co i tak należy do Ciebie... chyba!, że myśli o tej części świata, która przez grzech w sposób szczególny należy do niego... ale zapewne wie również i to, że Ty przecież pokonasz każdy grzech... więc tak naprawdę nie ma rzeczywistości, której nie mógłbyś być Panem! Zatem broń mnie od świata, który przynosi smutek duszy, wręcz szkodę! Broń mnie od świata... broń mnie w końcu i przede mną samą... bo to przecież ode mnie zależy, czy zaakceptuję świat, który rani... moją duszę...


Na koniec jak zwykle zdanie ścinające z nóg! Przyjdziesz w chwale Ojca... razem z aniołami... będę to widzieć... I "oddasz każdemu według jego postępowania". UPS!!! Proszę Cię zatem, abym żyła jak Twoje dziecko... jak dziecko światłości. Bo wszystko wówczas będzie odkryte, nawet to, co skrzętnie staraliśmy się ukryć przed jakimkolwiek wzrokiem... Robi się gorąco na samą myśl... Ale czyż nie jesteśmy powołani do życia w ogrodzie Eden? Do życia w świętości? Uwielbiam Twoją Obecność i świadomość, że kochasz i ufasz do granic... zaślubiając mnie. A znasz mnie... zbędny zdaje się tu komentarz. Na szczęście mogę mocno przytulać się do krzyża, na którym zawisło moje Zbawienie.


Dzięki za to spotkanko i za pustynię...


Agnieszka Frydrych