42.jpg sobota, 18 sierpnia 2012 10:58

Czy nie przeszkadzam mojemu dziecku przyjść do Jezusa?


Przyglądam się dzisiaj wychowaniu dzieci... jestem matką, więc sama uczestniczę w procesie wychowania swoich dzieci, uczę w szkole, więc moim chlebem powszednim jest towarzyszenie w rozwoju dzieciom, które zostały mi powierzone, kształtowanie ich. Jestem katechetką, więc powierzono mi je w sposób szczególny... mam piękne, ale i bardzo trudne zadanie do spełnienia... spróbować pomóc rodzicom tych dzieci ukształtować ich sumienia... Kiedy jednak patrzę na dzisiejszy świat, cierpnie mi skóra. Jak pomóc dziecku wejść w ten, niestety, często nieprzyjazny i zepsuty świat? Jak pomóc zbuntowanej czy zbuntowanemu nastolatkowi?


Otrzymuję często prośbę o modlitwę w intencji 14-sto, 15-sto, 16... - letnich młodych ludzi. Treścią tych próśb jest ogromna troska ojca i matki: mój syn przestał mnie słuchać, wszedł w towarzystwo, które dla niego teraz jest najważniejsze... przestał chodzić do kościoła, nie chce się z nami modlić, wraca kiedy chce do domu, robi wszystko na własny rachunek... wyciąga do mnie ręce, nie wiem z kim się spotyka i co robi... Lista tych trosk jest długa... A ja przyglądam się z wielką uwagą dzisiejszej Ewangelii (Mt 19, 13-15). "Przynoszono do Jezusa dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się za nie". W tym zdaniu w zasadzie jest zawarta cała recepta na dobre wychowanie dziecka.


Przynoszę Panie do Ciebie moje dziecko... nasze dzieci... każde z osobna i proszę, abyś włożył na nie swoje ręce, przytulił je, objął. Codziennie, z wielką wytrwałością przynoszę Ci moje dzieci, opowiadam Ci o nich, dziękuję Ci za nie, uwielbiam Cię w nich, przepraszam za swoje błędy wychowawcze... Oddaję Ci je całkowicie. Bo jeżeli Ty Panie nie wychowasz moich dzieci, to ja je tylko popsuję!... brakiem czasu, łatkami, które chcąc czy nie chcąc przypinam, brakiem zaufania, brakiem miłości, nieumiejętnością wejścia w problem mojego dziecka... Ty wiesz Panie, że kocham moje dzieci, wiesz, że pragnę dla nich dobra i szczęścia... tego, aby były zdrowe, ale nade wszystko tego, aby miały serca przepełnione miłością, aby były wrażliwe na potrzeby drugiego człowieka, aby ZAWSZE kroczyły Twoją drogą i były zawsze blisko Ciebie - żyły w Twojej obecności.


Przynieść do Jezusa swoje dziecko... Kiedyś usłyszałam tekst z ust pewnego tatusia: moje dziecko ma dwa lata, ale nie chodzimy z nim do kościoła. W tym momencie chyba na mojej twarzy musiał pojawić się ogromny znak zapytania, bo zaraz usłyszałam odpowiedź: wiesz, on jest taki nieznośny i nie do wytrzymania podczas Mszy Świętej, że po prostu zrezygnowaliśmy z przyprowadzania go. W jaki sposób zatem chcesz swoje dziecko oddawać Panu, jeżeli fizycznie uniemożliwiasz mu uczestniczenie w najważniejszym wydarzeniu - w Eucharystii? Rozumiem, ze tracisz cierpliwość, ale naprawdę są sposoby, aby sobie poradzić z ruchliwym dzieckiem. Szerzej napisałam o tym w innym artykule odpowiadającym na pytanie: czy warto dziecko zabierać na Eucharystię. W jaki inny sposób można dziecko powierzyć Bogu? Modląc się za nie nieustanie... ofiarowując Mszę Świętą oraz owoce przyjętej Komunii Świętej w jego intencji. Można też podejmować Adoracje Najświętszego Sakramentu... może post? Być może całe swoje życie trzeba będzie spędzić na modlitwie za dziecko, które odeszło... tak jak św. Monika, która modliła się o nawrócenie św. Augustyna...?


Ból, niepewność, smutek z powodu odejścia dziecka są wielkim cierpieniem. Złącz wtedy swoje cierpienia z umierającym Jezusem na krzyżu. Zanoś nieustannie swoje dziecko na Golgotę... Być może codziennie zadajesz sobie pytanie: dlaczego moje dziecko poszło właśnie tą drogą, a nie inną, dlaczego wybrało życie bez Boga, utopiło się w jakimś grzechu? Dlaczego...


Nie wiem, czy odpowiedź znajdziesz. Pytaj Jezusa, proś, aby dał ci poznać... dlaczego. Mój wzrok właśnie zatrzymał się na kolejnym zdaniu z Ewangelii Mateusza: "Uczniowie szorstko zabraniali im tego. Lecz Jezus rzekł: Dopuście dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie". Na końcu tego zdania aż prosi się postawić wykrzyknik! Czy to możliwe, że to ja! - własnemu dziecku nie pozwalam przyjść do Jezusa??? Czy to możliwe, że to ja! szorstko zabraniam?


Nie, to chyba niemożliwe! - pomyślisz. Przecież ja chcę tylko dobra dla mojego dziecka! Tak, wiem... bardzo pragniesz dobra dla swojego dziecka. Ale tak jak Ty bardzo pragniesz dobra dla niego, tak samo, a nawet i może więcej twój grzech i jego konsekwencje nie chcą tego dobra!!! Grzech rani i w pierwszej kolejności dotyka naszych najbliższych... Być może... było to odrzucenie dziecka... pierwsza niefortunna myśl jak się poczęło: nie chcę go, jeszcze nie teraz, nie w tej chwili... Być może konsekwencje stosowania antykoncepcji, której głównym zadaniem było niedopuszczenie do przekazania życia... Być może zapadł kiedyś wyrok na twoje dziecko: nie pozwolę mu się urodzić... A cały okres prenatalny... czym było karmione wasze dziecko? Papierosy, alkohol, stres, braki miłości, brak szacunku od współmałżonka? Być może w czasie kiedy nosiłaś dziecko w swoim łonie ktoś cię krzywdził w ten czy inny sposób? Relacje z teściami? Kosmiczna dawka absurdalnych treści z TV, internetu? Nieczystość w różnej postaci, może pornografia współmałżonka? Przepraszam za te treści, nie zostały wyssane z palca, ale są NIESTETY doświadczeniami spotkanych w życiu ludzi... A kiedy w końcu dzieciątko przyszło na świat... może jakieś kłopoty przy porodzie?


Autentycznie byłam w szoku, kiedy usłyszałam reakcję lekarza na pytanie o współżycie kobiety, która urodziła dziecko. Najnormalniej w świecie zapytała, kiedy będzie można podjąć współżycie? I co? Dostała "ochrzan, że o takich rzeczach myśli"!!! Ludzie, trzymajcie mnie! Masakra! Kobieta się pyta jak człowiek, o normalne i bardzo potrzebne rzeczy i dostaje ochrzan od stóp do głowy! Jak traktowana jest sfera płciowości człowieka w dzisiejszym świecie. Radzę się dobrze zastanowić, czy pan a może pani doktor powinien wykonywać dalej swój zawód przy takim podejściu do człowieka! Chyba ma jakiś problem ze sobą w tej kwestii, bo innego wytłumaczenia nie znajduję! Ale to jest zupełnie inny temat, którym teraz zajmować się nie będziemy.


Idźmy dalej... dzieciątko się urodziło... ale może nie poczuło silnych ramion ojca, który musiał wyjechać... do pracy za granicę? Być może matka sama musiała się dwoić i troić! Może nie wyrabiała na przysłowiowych zakrętach? Słaba po porodzie, potrzebująca wsparcia. Byłeś wtedy przy niej mężu? A później dziecko rosło... każdy dzień i każda chwila była zdobyciem nowego doświadczenia, dotknięciem miłości lub jej brakiem. Wszystkie słowa chłonęło jak gąbka! Jakie słowa słyszało? Na którymś spotkaniu z moim kierownikiem duchowym oskarżyłam się o to, że w chwilach większego i zresztą słusznego zdenerwowania na moje dziecko nazywam je: gówniarą! Chciałam przejść dalej, na co mój kierownik powiedział: chwila! Zatrzymamy się nad tym epitetem. No i zaczęła się ostra jazda... nad "mało znaczącym" epitetem. No to z czym ci się kojarzy słowo "gówniara"? z gnojem... z g....m: (Nie będę opisywać całej rozmowy, ale uwierz Drogi Przyjacielu... nie było łatwo przyjąć prawdy o tym w jaki sposób krzywdzę swoje dziecko przez to słowo... Zobacz w jaki sposób używając tych czy innych określeń krzywdzimy nasze dzieci. Tłumacząc się przy tym, że musimy je w jakiś sposób dyscyplinować. Pewnie, że musimy! Tylko czy właśnie w taki sposób?


Idąc dalej... nieobecność matki, nieobecność ojca... zasłanianie się pracą, brak czasu. Dawanie dziecku złego przykładu. Obrażanie siebie nawzajem i kłótnie przy dziecku, mówienie źle o osobach nieobecnych, czy w ogóle mówienie o kimś źle. Niby nieświadome ułatwianie dziecku nieograniczonego i niekontrolowanego dostępu do TV i internetu... odsyłanie dziecka "na potem", "za chwilę" kiedy zgłasza się do nas z jakimś problemem... Lista naszych zaniedbań i grzechów dotykających nasze dzieci jest bardzo długa. Żal wymieniać... My chcemy dobrze... ale nasze grzechy i ich konsekwencje niestety nie! Oczywiście zdarza się, że dziecko samo wybiera... szczególnie dziecko wchodzące w dorosłość... wybiera swój własny styl życia, dobiera sobie towarzystwo, żyje tak jak mu się podoba, w końcu wyrzuca ze swojego życia i samego Pana Boga. Ale wtedy tez możesz coś zrobić. Możesz przynieść swoje dziecko Jezusowi, prosić, aby włożył na nie swoje ręce. Możesz oddać życie swojego dziecka Jezusowi, modląc się za nie, ofiarowując Eucharystię, Adorację, podejmując post, inne wyrzeczenia.


Ostatnio miałam okazję znaleźć się w grupie babeczek, które rozmawiały na temat jak uchronić nasze dzieci przed złym wpływem mediów. Padło m.in w tej rozmowie takie stwierdzenie, że "moje dzieci - każde z nich ma komputer w swoim pokoju (internet też) i w zasadzie no... żadnej kontroli. Na co odpowiedziałam, że u nas w domu też są komputery, ale tylko w jednym jest dostęp do internetu i to w dodatku na hasło. "no tak, ale jak dziecko będzie chciało to i tak pójdzie do kolegi i u niego skorzysta i nic nie będziesz mogła zrobić!". Pewnie tak... co do tego że skorzysta, natomiast nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że "nic nie będę mogła zrobić".


Mogę... nieustannie modlić się za swoje dziecko, o czystość jego duszy i ciała! Ostatnio miałam takie doświadczenie, że aż mi w pięty zaszło! Oglądając pewien zdawałby się niewinny film niestety nie zdążyłam przełączyć kanału TV... i moje najmłodsze dziecko "załapało" się na gorszącą scenę. To były sekundy... i to był wieczór. Moje dziecko zasnęło a ja wraz z nim. Rano wybrałam się na Eucharystię, a po Komunii Świętej poczułam ogromny ból spowodowany wieczorną sytuacją. Przyszło to ot tak sobie, w ogóle o tym nie myślałam. Zrozumiałam, że moje dziecko zostało zranione. Trwałam przed Jezusem błagając o przebaczenie... mogłam przecież przewidzieć, że w każdym filmie teraz można zobaczyć takie sceny. Modliłam się o uzdrowienie zranienia w niej... modliłam się aż wrócił pokój! Pomyślałam, że najlepiej TV wyrzucić na śmietnik... ktoś może znowu powie, że przecież dziecko prędzej czy później zetknie się " z tymi" rzeczami. Może i tak!! Ale im dłużej będzie chroniona jego czystość, tym bardziej będzie mogło ochronić się przed nieczystością później!


Przeczytaj sobie dzisiaj Drogi Przyjacielu dokładnie Księgę proroka Ezechiela (18,1-10.13b.30-32). Dokładnie przeanalizuj cały fragment - warto. Na końcu tego tekstu jest zdanie wypowiedziane przez Pana: "Dlaczego mielibyście umrzeć (...)? Ja nie mam żadnego upodobania w śmierci (...). Nawróćcie się, a żyć będziecie". Bóg nie jest Bogiem śmierci! On jest Bogiem życia! Dlaczego uczniowie tak szorstko zareagowali w momencie kiedy zaczęto przynosić do Jezusa dzieci? Dziecko w kulturze starożytnej nic nie znaczyło, nie miało nic do powiedzenia... do dziś funkcjonuje to powiedzenie: "Dzieci i ryby głosu nie mają!" Jezus łamie te stereotypy.


Pan przez Ezechiela stanowczo się sprzeciwia przypowieści powtarzanej wśród Izraelitów: "Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścierpły synom". Bóg mówi: "Oto wszystkie osoby są moje: tak osoba ojca, jak osoba syna. Są moje. Umrze tylko ta osoba, która zgrzeszyła". Każdy z nas odpowiedzialny jest przed Panem za swój grzech! Grzech jest stanem śmierci! Bóg nie ma nic wspólnego z grzechem. To człowiek wybiera śmierć żyjąc w grzechu! Powiedziałam wcześniej o konsekwencjach grzechu. Nasz grzech dosięga najbliższe nam osoby - m.in. nasze dzieci. Czy to znaczy, że nasze dzieci są w stanie grzechu przez to, że my grzeszymy? Nie. Bóg wyraźnie dzisiaj mówi: "Umrze tylko ta osoba, która zgrzeszyła". Nieco dalej: ten kto grzeszy (tu Ezechiel wymienia całą długą listę grzechów) "ten na pewno umrze, a odpowiedzialność za krew jego spadnie na niego samego. Dlatego (...) będę was sądził, każdego według jego postępowania". "Umrze tylko ta osoba, która zgrzeszyła". Ale konsekwencje naszego grzechu dosięgają nasze dzieci: brak czasu, niepohamowanie języka, brak szacunku... itd. - nie będę się powtarzać.


Bóg wzywa: "Nawróćcie się! Odstąpcie od wszystkich waszych grzechów(...) Odrzućcie od siebie wszystkie grzechy, któreście popełnili przeciwko Mnie, i stwórzcie sobie nowe serce i nowego ducha". Pójdziesz dziś za tym wezwaniem Pana?


I ostatnia myśl, która zrodziła się we mnie już jakiś czas temu. Rodzice mogą żyć w czystości... starać się żyć w obecności Pana, starać się żyć nieustannie w łasce uświęcającej, modlić się za swoje dzieci... oddawać wszystkie swoje błędy wychowawcze - wiadomo, nikt z nas doskonały nie jest! I zdarza się, że w takim domu dziecko pójdzie inną drogą... można zachodzić w głowę: jak to możliwe! Znam przypadek małego dziecka, które zostało wprowadzone w świat pornografii przez swojego brata... w innym domu, u swojej babci, gdzie dostęp do internetu miało w zasięgu ręki - w pokoju, w którym spało. Nikt i niczego się nie domyślał... aż przez przypadek sprawdzono historię... włos jeży się na głowie, czym to dziecko się karmiło... rodzice myśleli, że grzecznie spędza czas u swoich dziadków. A nawet cieszyli się, że dziecko tak chętnie odwiedza swoich dziadków. Dziecko dorastało... a wraz z nim masa kłopotów... każdy zachodził w głowę, co mogło się stać? Dopiero w momencie odkrycia prawdy... Rodzice zastanawiali się co teraz zrobić? Co zrobić z tą poszarpaną przez pornografię i zbrukaną duszą?


I kiedy myślano, że problem się skończył... przyszedł rachunek telefoniczny... na prawie 1000 zł! Okazało się, że dziecko nie skończyło z tym. Wprawdzie zostało odcięte od Internetu przez komputer, "poradziło" sobie przez komórkę. Nocami wisiało na seks telefonach! Co za straszny nałóg! I jakie macki śmierci! Konsekwencją były ucieczki z domu, szemrane towarzystwo, wulgaryzmy, brak posłuszeństwa... Ktoś inny spostrzegł, że to dziecko nie umie patrzeć w sposób czysty nawet na miłość swoich rodziców. Jak teraz pozbyć się konsekwencji pornografii? Tylko jeden Bóg jest w stanie to zmienić. Tylko On! "Nie ma żadnego upodobania w śmierci" więc chce żeby to dziecko żyło. A ponieważ rodzice codziennie przynoszą to dziecko, aby Jezus położył na nie swoje ręce, wierzą, że przyjdzie uzdrowienie...


Czy nie przeszkadzasz swojemu dziecku przyjść do Jezusa?

Agnieszka Frydrych