35.jpg niedziela, 28 lipca

Czy w mojej rodzinie znajdzie się dziesięciu sprawiedliwych?


Abraham przebija dosłownie wszystkich! Z uśmiechem na twarzy i radością w sercu, śledzę już od jakiegoś czasu jego dialog z Bogiem, który opisany jest w Księdze Rodzaju (18,20-32). Kiedy Bóg wysyła swoich aniołów, aby przemierzyli Sodomę i Gomorę i zobaczyli, czy mieszkańcy rzeczywiście postępują źle, Abraham dalej stoi przed Panem i zaczyna się z Nim "licytować". Według mnie ten dialog to mistrzostwo świata! Abraham zwraca się do Boga: "Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy także zniszczysz to miasto i nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy w nim mieszkają?". Jak przeczytałam po raz pierwszy to pytanie Abrahama, pomyślałam sobie: no dobra, to jeszcze ujdzie. Ale jak stopniowo Abraham zaczął schodzić liczebnie w dół... coraz bardziej otwierałam usta ze zdziwienia... Udało mu się zatem dojść aż do dziesięciu sprawiedliwych.


A Bóg mimo wszystko odpowiadał niezmiennie: "Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu". Zadałam wtedy Abrahamowi pytanie, a gdybyś zapytał o pięciu? Odpowiedź Boga byłaby ta sama! Bo jest samą Miłością i Miłosierdziem i nie zniszczy tego, kto się do Niego ucieka!


Rozważając to słowo przed Panem, przyszła mi do głowy taka myśl: Czy w mojej rodzinie znalazłoby się dziesięciu sprawiedliwych? Zaczęłam sięgać pamięcią do przodków naszych rodzin... i niestety naliczyłam: ileś rozwodów, zachowań cudzołożnych, konkubinatów, dzieci nieślubnych, aborcji (!), a nawet niedawno rozmawiając z mamą i analizując przeszłość dowiedziałam się, że zdarzyło się i zabójstwo (!). Dalej idąc... zawiść i nienawiść, waśń i niezgoda, brak wiary, odstępstwo od Kościoła, handel narkotykami, wyrzeczenie się swoich rodziców - konkretnie matki..., okultyzm, wiara w zabobony... Bóg jeden wie co jeszcze...


I zaczęłam natarczywie pytać Pana: Czy w mojej rodzinie znajdzie się dziesięciu sprawiedliwych? Ale Panie wiesz! Tak na serio żyjących w Tobie! Nie tak na pół gwizdka! Zanurzonych w Tobie po uszy i kroczących Twoją drogą w całkowitym zaufaniu Tobie i tylko Tobie! Dziesięciu takich, którzy całe życie złożyli u Twoich stóp! Nieważne co było przedtem... przecież w Liście do Kolosan (2,12-14) Sam powiedziałeś: "Z Chrystusem pogrzebani jesteście w chrzcie, w Nim też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. I was, umarłych na skutek występków i nieobrzezania waszego /grzesznego/ ciała, razem z Nim przywrócił do życia. Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża".


Ale czy teraz, na tę chwilę, znajdzie się dziesięciu takich w mojej rodzinie? A szczególnie pomyślałam wówczas o jednej gałązce z naszego drzewa genealogicznego, gdzie wydarzają się tam takie nieszczęścia, że włos na głowie się jeży: zmuszanie córki do aborcji - dwukrotnie! (Dziękuję Ci Boże, za ocalenie tych dzieci i uwielbiam Ciebie w ich całym życiu). Totalny brak zdrowia członków tej rodziny, guzy w głowie, osadzenie w więzieniu dwóch osób w tym syna, oskarżenie o zabicie żony, która wyszła z domu ponad 10 lat temu i ślad po niej zaginął! Rozwody i konkubinat, cudzołóstwo... Nieszczęścia na całego! A przy tym odejście od Kościoła i sakramentów... odrzucenie Boga, zatwardziałość serca (osoba, która jest praktycznie na łożu śmierci na pytanie córki o spowiedź uparcie odmówiła)...


więc jeszcze natarczywiej zaczęłam pytać Pana: Czy ocalisz tę rodzinę?! Trwałam przed Panem w zwątpieniu i smutku... Oczywiście nie chodziło tutaj o zwątpienie w moc Boga, bo On MOŻE WSZYSTKO! Chodziło mi właśnie o zatwardziałość serca... A Pan odpowiedział z mocą: "Przez wzgląd na ciebie, nie zniszczę tej rodziny!" Byłam w szoku usłyszawszy to zdanie! Bo przecież WIEM, że jestem grzeszna. Bo przecież Panie staram się trwać w Tobie... no i co z tego! jak na pierwszym lepszym zakręcie wykładam się jak długa, potykam się o grzech, odchodzę przez większe lub mniejsze drobiazgi, niewierności, braki zaufania! A Pan zalał moje serce głębokim pokojem. Zabrał zwątpienie, przywrócił radość. Zdanie: "Przez wzgląd na ciebie nie zniszczę tej rodziny!" umieściłam głęboko w sercu jak najdroższą perłę!


No to teraz co! Skoro Pan rzekł... to ja założę sobie rączki i poczekam na spełnienie danej mi obietnicy?! No chyba nie o to chodzi. Dalej do roboty! Ewangelizacja czeka! Ktoś musi im powiedzieć o tym, że Bóg ich kocha, że są Jego umiłowanymi dziećmi! Gdzieś po drodze nastąpiło głębokie zranienie, rana, która nieustannie broczy i krwawi! Nie mam pojęcia co to jest... ale mój Pan wie! "Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża".


Z wielką ufnością wołam dzisiaj za Psalmistą: "Pan mnie wysłuchał, kiedy Go wzywałem" ! (Ps 138) A w Ewangelii wg św. Łukasza (11,1-13) zachęca: "Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą".


Proście, szukajcie, kołaczcie...


"Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą.


Dlatego nie lękaj się ewangelizować swojej rodziny. Pan przecież obiecał: "Przez wzgląd na ciebie, nie zniszczę ich" . Wiem, że najtrudniej być prorokiem w swoim własnym domu. Jezus też to wie... najlepiej! Jak został potraktowany w Nazarecie? Co z tego, że będziemy jeździć po Polsce i głosić Ewangelię uczestnicząc w jednych czy dziesiątych rekolekcjach, "nawracać" znajomych, itd... jak własna nasza rodzina się sypie pod względem relacji z Panem Bogiem. Może powiesz... "oni nie słuchają, traktują nas jak byśmy byli co najmniej dziwakami, a nawet nas wyśmiewają i gadają po kątach!" No i co z tego? Ile zostało ci czasu na tej ziemi? Ile jeszcze masz czasu, aby ewangelizować swoich najbliższych? Powiesz może: "To są tak trudne przypadki, że ja naprawdę nie wiem co mogę zrobić...(?)" To w takim razie posłuchaj Drogi Przyjacielu mojej historii...


Jakiś czas temu w sklepie spotkałam moją znajomą... brudna, cuchnąca, dosłownie ludzie się za nami oglądali, a jedna z pań, która nas zna obie, obrzuciła mnie wymownym spojrzeniem, jakby chciała powiedzieć: z kim ty się kobieto zadajesz? Nie wypowiedziała tego, ale z jej wzroku mogłam odczytać wszystko. Szczerze mówiąc trochę się krępowałam... ale ta dziewczyna nie zwracając uwagi na nic, ani na nikogo, po moim zapytaniu: co u ciebie słychać? zaczęła mnie błagać: "Aga pomóż mi! Odebrali mi dziecko, piję na umór, matka wyrzuciła mnie z domu, nie mam gdzie spać, śpię z facetem, który tak samo pije, mieszkamy w namiocie..." Słuchając jej czułam jak otwieram oczy coraz szerzej i szerzej... usta mimowolnie otwierały się na skutek tego co słyszałam. Pomyślałam sobie, czy to możliwe? Ależ tak! Przecież ją widzę i... czuję! Zakończyła z błaganiem w głosie: "Aga, pomóż mi! Inaczej się chyba powieszę!" Usłyszawszy ten tekst wróciła mi przytomność. Zaczęłam wiecie.... takie tam mądrości typu: musisz podjąć leczenie... A ona patrząc mi w oczy zbijała każdy mój argument: "Nie wytrzymam... ucieknę stamtąd... pomóż mi!" Wyciągnęłam kartkę i zanotowałam nasz adres. Umówiłam się z nią na spotkanie u nas w domu. Pożegnałyśmy się. Wychodziłam ze sklepu będąc w niemałym szoku... i niestety z nadzieją w sercu, że nie przyjdzie...(wstyd mi o tym pisać)... Czy przyszła Drogi Przyjacielu? Oczywiście, że nie!


Tu zrobię głęboką pauzę... Tak, w głębi serca ją odrzuciłam, chociaż z głębi serca BARDZO chciałam jej pomóc.


Ale to jeszcze niestety nie wszystko! W ubiegłym tygodniu zobaczyłam ją w tym samym miejscu! Siedziała przed sklepem ze swoim konkubentem pijaniutka jak bela! Co zrobiła Agniesia? Wysiadłam z samochodu tak, aby ona nie mogła mnie zauważyć! Wstydziłam się, a drugiej strony poczułam się zupełnie bezsilna... Emocje i przemyślenia tego wieczoru nie dały mi długo spać... Rano wstałam i wybierając się na Eucharystię już wiedziałam co mam zrobić! Uklękłam przy konfesjonale i wyznałam swoją winę... Kapłan niewiele mi powiedział.. może ze dwa, czy trzy zdania. Za to jaka pokuta! "Odmów Koronkę do Bożego Miłosierdzia (uśmiechnęłam się na te słowa, bo kocham tę modlitwę) i słyszę dalej słowa... za tę panią" (!) W pierwszej chwili nie dotarło to do mnie. Odeszłam od kratek wcale nie z mniejszym ciężarem niż tam przyszłam. Ze łzami w oczach patrzyłam na Pana i mówiłam do Niego: "Widzisz jaka jestem... tu cię zapewniam, że Cię kocham, że tego... i tamtego... i takie tam... a tu taki numer! Odrzuciłam Ciebie w tej napotkanej dziewczynie! I wtedy Pan dał mi poznać dlaczego ją odrzuciłam. Bo tak naprawdę czułam się bardzo bezradna, nie wiedziałam jak jej pomóc... I wtedy znowu przyszły słowa: "Odmów Koronkę do Bożego Miłosierdzia za tę panią". I usłyszałam w głowie takie: bęęęęę!!! Totalne uderzenie tego słowa. "Módl się za nią! A Ja sobie z nią poradzę, wskażę ci co masz czynić, pokażę drogę"... Jeszcze usłyszałam słowa: "Nie martw się, módl się" ... I Pan zalał w tym momencie moje serce takim pokojem, że nawet jak chciałam się w dalszym ciągu oskarżać przed Nim i biadolić jaka to ja jestem do bani... to i tak nie mogłam :-) bo Pan to po prostu zabrał!


Uwielbiam Ciebie Panie we wszystkich osobach zranionych, dotkniętych nałogami, stojących na rozstajach dróg, uwielbiam Ciebie Panie we wszystkich ich krokach, które czynią i we wszystkich drogach, które wybierają... uwielbiam Ciebie Panie w ich życiu.


To nie koniec tej historii. Nie wiem jak ona się potoczy dalej, ale wiem jedno! Pan pozwolił mi ją spotkać wczoraj. Siedziała przed tym samym sklepem ze swoim konkubentem. Z radością i wolnością serca podeszłam do nich, zaczęłam rozmawiać, zapytałam dlaczego nie przyszła na umówione spotkanie... Zobacz Drogi, jak Pan szybko odpowiada, nie dość, że zabrał grzech odrzucenia, zalał serce pokojem, uczynił wolnym... to jeszcze pozwolił natychmiast ją spotkać ponownie. I powiedział: módl się, nie martw się, powiem ci co masz robić...


Nie wierzysz? To przeczytaj sobie po raz kolejny dzisiejszą Ewangelię, jeżeli raz nie wystarczy to może i ze sto razy albo i więcej... a szczególnie ostatnie zdanie: "(...) o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą" Łk (11, 13).

Duch Święty jest największym DAREM Ojca. Duch Święty jest Bogiem, który WIE jakimi drogami cię poprowadzić!

Zalewaj mnie Duchu Święty Twoją żywą i świętą Obecnością. Wykąp mnie od koniuszka palców stóp do ostatniego włosa na głowie w Twoim tchnieniu, Twojej ożywczej mocy. Przytul mocno swojego kochanego grzesznika... prowadź. Moje życie należy do Ciebie!


Błogosławionej niedzieli i dużo radości w ewangelizowaniu swojej własnej rodziny:-)


Agnieszka Frydrych