Winnica 16 czerwca 2013

Nie ma zgody!

XI niedziela zwykła, C; 2 Sm 12,1.7-10.13; Ps 32,1-2.5.7.11; Ga 2,16.19-21; 1 J 4,10b; Łk 7,36-8,3;

W życiu cenimy przyjaźń. Cieszymy się jeśli mamy przyjaciół i jest nam źle, gdy tych przyjaciół brakuje. Biblia zbiera to doświadczenie w słowach: "Wierny (...) przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł." (Syr 7,13)

Wiemy jednak, że z tymi przyjaciółmi bywa różnie. Są przyjaźnie nieszczere, fałszywe, z wyrachowania. Bywa, że przyjaciel zdradzi. Zwykle to trudne sytuacje są momentami sprawdzenia przyjaciela - jaki on jest naprawdę. Dlatego mówimy, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

Jezus też chce mieć przyjaciół. To jest istota więzi jaka powinna być między Jezusem a ludźmi. Jezus mówi: "Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, (...) ale nazwałem was przyjaciółmi." (J 15,13-15a.15c)


Nie sługa, ale przyjaciel, nie niewolnik, ale syn.


Warto zbadać swoją relację do Jezusa. Podpowiedzią mogą być nasze uczucia. Prosty przykład - jesteśmy w kościele. Nie będzie żadnym odkryciem, gdy powiem, że mogły nami kierować różne motywy. Zbadaj więc, co czułeś, gdy szedłeś do tego kościoła. Chciałeś tu być, cieszyłeś się na ten moment? To są cechy przyjaźni, przyjaciele lubią się spotykać i cieszą się ze spotkania. A może "musiałeś" tu przyjść? Kto "musi"? Sługa musi, niewolnik musi.


Musiałeś czy chciałeś? Przymus czy pragnienie? Niewolnikiem jesteś czy przyjacielem? Odpowiedz sobie szczerze.


W starożytności niewolnicy umywali nogi swoich panów. Musieli to robić. Kobieta w ewangelii umyła nogi Jezusowi, ale nie musiała tego robić. Ona chciała. Chciała być blisko niego, chciała go dotknąć. Obmyła stopy swoimi łzami żalu, wytarła włosami, które przestały być reklamą jej prostytucji a stały się ręcznikiem. Pokryła stopy pocałunkami - nie za pieniądze, ale z serca. Troskliwie namaściła olejkiem jak matka namaszcza ciało swojego dziecka.


To ważne rozróżnienie kim się jest w kościele? Czy sługą - niewolnikiem? Czy przyjacielem - oblubienicą?


Słyszycie czasem w moich kazaniach słowa dziwne - paradoksalne. Jak choćby w ostatnim kazaniu, na Boże Ciało, gdy mówiłem: "W ogóle mi nie zależy byście chodzili do kościoła i spowiadali się. Nie zależy mi na tym. Nie zależy mi na tym, bo można chodzić do kościoła, spowiadać się i przyjmować komunię święta, i być żywym trupem."


Czy ksiądz może mówić, że nie zależy mu na tym, by było dużo ludzi w kościele? Czy ksiądz powinien nazywać niektórych trupami?


Tak - ksiądz może i powinien mówić, że nie zależy mu na tym, by było dużo ludzi w kościele, gdy wie, że jakaś ich część to słudzy i niewolnicy, którzy muszą. Są tu, bo muszą być a tymczasem Bóg chce mieć tu w kościele tylko tych, którzy chcą - kochają i pragną.


Tak - ksiądz powinien nazywać niektórych trupami, bo tak naucza Biblia. Życie bez Boga to śmierć, to bycie trupem.


Zauważcie jednak, że nigdy nie mówię, że TY jesteś trupem. Na nikogo nie wskazuję, nikogo nie osądzam. Nie jestem do tego powołany. Głoszę Słowo Boże a każdy z was powinien to przyłożyć do siebie. Każdy z was o sobie samym powinien wydać wyrok. Czujesz, że słowo, które słyszysz oskarża cię? To masz rzeczywiście problem, ale masz go ze sobą a nie ze słowem, które słyszysz czy księdzem, który je głosi.


Gdy usłyszysz lekarza, który mówi "ma pan raka" to masz problem. Bardzo duży problem. Problem jest jednak w tobie, polega on na tym, że jesteś chory, a nie na tym, że usłyszałeś diagnozę, nie na tym, że lekarz ci to powiedział. Obrazisz się na lekarza? Podziękuj mu raczej, bo może zdążysz uratować życie.


Jednak lekarz może się pomylić. Może być i tak, że jakiemuś księdzu rozum odejmie. Dlatego mówię - nie bierz na wiarę żadnego mojego słowa. Każde moje słowo niech będzie wysłuchane, ale każde niech będzie też sprawdzone. Bierz do ręki Biblię i sprawdzaj. Bądź czujny, wnikliwy i krytyczny. Sprawdzaj wszystko, byś mógł dojść do prawdy. I byś mógł ją przyjąć - nawet jeśli będzie nieprzyjemna, bolesna i mocno śmierdząca.


W ostatnim kazaniu powiedziałem: "Człowiek bez Boga jest trupem." Co upoważnia do takich radykalnych twierdzeń? Sama Biblia, i to już od samego początku.


W raju Bóg dał człowiekowi wszystko. I dał mu przykazanie - z jednego drzewa nie wolno ci jeść: "Z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz." (Rdz 2,17) Bóg powiedział, że jeśli człowiek przekroczy Boże przykazanie to umrze. Wiemy doskonale, że Adam i Ewa przekroczyli to Boże przykazanie - zerwali owoc i zjedli. I żyli potem, może nieszczęśliwie, ale na pewno długo. Bardzo długo. A Bóg powiedział przecież: "niechybnie umrzesz". Bóg oszukał? Nie! Modlimy się: "Wierzę w Ciebie, Boże żywy, w Trójcy jedyny, prawdziwy. Wierzę w coś Objawił Boże, Twe słowo mylić nie może". Boże słowo nie może mylić.


Skoro Bóg powiedział, że po grzechu czeka człowieka śmierć to znaczy, że śmierć go dopadnie. I to nie kiedyś, ale od razu. W Nowym Testamencie Apostoł Paweł przekazał tę prawdę dobitnie: "Zapłatą za grzech jest śmierć". (Rz 6,23) Musimy wierzyć, że grzech sprowadza śmierć. Biblia każe nam wierzyć, że po grzechu stajemy się martwi, jesteśmy trupami.


Zwróćmy uwagę na puentę przypowieści o synu marnotrawnym. Ojciec mówi o swoim synu: "Mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się". (Łk 15,24a) Odejście syna - jego grzech - nazywa śmiercią. Jego nawrócenie - powrót - nazywa powrotem do życia. Był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. Śmierć ciała to oddzielenie ciała od duszy. Śmierć duszy to jej oddzielenie od Boga.


Ale śmierć to śmierć. Trup to trup.


Powiedziałem w ostatnim kazaniu: "Większość ludzi w Kościele to żywe trupy." Dlaczego tak powiedziałem? Bo żyją ich ciała, ale dusza jest martwa. Martwa, bo oddzielona od Boga. Spójrzcie i policzcie ilu was przyjdzie do komunii. Większość zostanie w swoich ławkach. I powiem jeszcze jedno. To nie jest problem grzechu. Ja i ty jesteśmy grzesznikami, wszyscy ludzie zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej. Grzeszymy, jesteśmy słabi, upadamy.


Problem jest gdzieś indziej. Znowu słuchaj swoich myśli i pytaj swojego sumienia. Wielu ludzi żyje bez Boga, w grzechu, bez komunii, bez modlitwy i... dobrze im z tym. Ich stan nie wywołuje żadnych refleksji, żadnego dyskomfortu. Życie w grzechu staje się stanem naturalnym, standardem - niczym nie trzeba się przejmować. Owszem raz w roku, na święta "trzeba" do spowiedzi, ale zwykły czas to bez Boga. I dobrze jest, i tak ma być!


I co ten ksiądz gada? Ano gada, że nie ma zgody na życie w grzechu, nie ma zgody na życie bez Boga, nie ma zgody na fałszywą przyjaźń z Bogiem, nie ma zgody na udawanie i bylejakość. Kogo chcecie? Lekarza, który w chwili, gdy zżera was rak będzie wam dawał witaminę c i suplementy diety, i przekonywał was o doskonałym stanie waszego zdrowia?


Nie ma zgody! Nie ma zgody, gdy w rodzinach jest nienawiść i najbliżsi nie rozmawiają ze sobą. Nie ma zgody na pijaństwo i niemoralność. Nie ma zgody na plotki, obmowy i oszczerstwa. Nie ma zgody na nieuczciwość i niewierność małżeńską. Nie ma zgody na gwałcenie niedzieli i robienie z niej dnia jak każdy inny. Nie ma zgody na deptanie Bożego prawa.


Czy wszyscy tak robią? Czy wszystko to robią? Oczywiście, że nie. Ale jak mówię słuchaj echa swego serca, słuchaj sumienia.


Nie ma zgody na chrześcijaństwo na 5%, nie ma zgody na wiarę od święta i większego dzwonu.


Długo by jeszcze mówić. Nie mówię tego wszystkiego z poczucia wyższości. Nie potępiam nikogo i nie przekreślam. Sam uważam się za grzesznika i poroniony płód. Mówię to wszystko, bo mi na was zależy, bo nie mogę patrzeć jak giniecie - a ciągle giniecie na moich oczach. Mówię to w duchu troski i odpowiedzialności za was.


Czy przyszedłem tu dorobić się? Nachapać się? Wygodnie żyć? Gdyby tak było to głaskałbym was czule i cały czas się uśmiechał. Nie będę się cały czas uśmiechał i głaskał. Możecie jednak być pewni, że jesteście w moim sercu.


Nie w grzechu problem. "Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna." (Iz 1,18bc) Problem w tym, by ten grzech zobaczyć i uznać. Problem, by nad tym grzechem zapłakać. Problem w tym, by z tym grzechem przyjść do Jezusa, do przyjaciela. Tak jak kobieta z ewangelii. Wiele, bardzo wiele miała na sumieniu. Była brudna, ale przyszła i zapłakała.


Przyszła do Jezusa prostytutka. - Odeszła czysta i święta.


ks. Zbigniew Paweł Maciejewski