Winnica 29 czerwca 2014

Tajemnica Piotra i Pawła

Uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła, Dz 12,1-11; Ps 34,2-9; 2 Tm 4,6-9.17-18; Mt 16,18; Mt 16,13-19;

Przeżywamy Uroczystość wielkich apostołów, filarów Kościoła - świętych Piotra i Pawła. Swoje życie poświęcili Bogu i głoszeniu Ewangelii. Obaj oddali swe życie - Piotr ukrzyżowany, Paweł ścięty mieczem. Odkryjmy to, co "napędzało" ich życie. To, co sprawiło, że z takim entuzjazmem i wytrwałością, przez lata całe dawali świadectwo wiary. Co oni takiego mieli w głowie i sercu, że nie zwątpili, nie zniechęcili się, nie uciekli? Niech to kazanie spróbuje odkryć tę tajemnicę.


Zacznę od przywołania autentycznych historii dwóch dziewięcioletnich dziewczynek. To było w Brazylii, dziewczynki były chore na białaczkę. Nad jedną z nich modliła się żarliwie pewna wspólnota. Modlitwa była pewna wiary, mocy i zaufania Bogu. Modlitwa ta przyniosła dziecku cudowne uzdrowienie. Wielka radość wszystkich, zapewne największa rodziców i samej dziewczynki, i objawienie Bożej chwały.


Mama drugiej dziewczynki także poprosiła o modlitwę w intencji uzdrowienia córki. Ta sama wspólnota miała się modlić. Ksiądz obecny w tej wspólnocie zapytał się dziewczynki: "Czy chcesz być uzdrowiona?" A ta powiedziała: "Nie!" Zaiste dziwne, że małe dziecko, ale świadome swojej sytuacji, ciężkiej choroby, na pytanie: "Czy chcesz być uzdrowiona?" odpowiada "Nie!".


"Dlaczego nie?" zapytał ksiądz. Dziewczynka odpowiedziała: "Przyszedł do mnie Jezus i pokazał mi niebo. Tam jest cudnie - kolorowe anioły, zielone niebieskie, czerwone, duże i małe. Tam jest tak pięknie i tak dobrze. Jezus zapytał mnie, czy chcę pocierpieć trochę za grzeszników i pójść do niego. Ja chcę tam iść."


Pomyślmy teraz. Gdzie my chcielibyśmy pójść? Gdzie byśmy chcieli pójść w obliczu śmiertelnej choroby, ale gdzie poszlibyśmy też tak zwyczajnie - dzisiaj po tej Mszy Świętej? Myślę, że bardzo wielu z nas wcale by się do tego nieba nie wyrywało. Jest tam pięknie i są kolorowe anioły, ale jakoś nam tam nieśpieszno. Nie ma w tym stwierdzeniu żadnej mojej nagany wobec was. W pewnym sensie jest to najzupełniej normalne i naturalne - Bóg dał nam życie i chcemy żyć, i to życie przeżyć tu na ziemi jak najlepiej i jak najpiękniej, i jak najdłużej.


Chcę tylko, w tym momencie, byśmy uchwycili DLACZEGO tak nieskorzy jesteśmy, by spieszyć się do nieba. Dlaczego tak nam niespieszno, choć tam jest tak pięknie. Historia z dziewczynką naprawdę się wydarzyła. Ona naprawdę widziała Jezusa i niebo, i opowiadała o tym. Wieczne szczęście, wieczne dobro, wieczna miłość. I kolorowe anioły. I nie będzie bólu, nie będzie łez, nie będzie śmierci. Raj!


O tym samym zapewnia nas Biblia: "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują." (1Kor 2,9bc)


Więc DLACZEGO tak nieskorzy jesteśmy, by spieszyć się do tego nieba? Łatwo, ale zbyt pochopnie, byłoby powiedzieć, że tak naprawdę nie wierzymy w to wszystko. Myślę, że wierzymy. Problem leży w czymś innym. Chodzi o różnicę między tym co sami doświadczamy - oglądamy, dotykamy, smakujemy, a tym co tylko słyszymy jedynie z opowiadań innych. Niespieszno nam do nieba, bo o tym niebie tylko słyszymy. Czytamy w Biblii, opowiada nam ksiądz, albo słuchamy świadectwa dziewczynki. To może być nawet ciekawe i frapujące, ale w niczym nie równałoby się temu, gdyby Jezus osobiście nas porwał i oprowadził po wszystkich zakamarkach nieba. Czujemy różnice?


Sprawa o której mówię nie dotyczy jedynie nieba. Dotyczy w zasadzie wszystkiego co wiąże się z wiarą. Dotyczy przede wszystkich samego Boga.


Święci Piotr i Paweł, i wszyscy inni święci, byli tymi, którzy doświadczyli Boga. Oni nie znali Boga jedynie z opowiadań ani nie czytali książek o Nim. Oni Go spotkali i doświadczyli. Prawdziwie i realnie doświadczyli. To nie była abstrakcja, to nie była katechizmowa definicja, to był realny żywy Bóg. Nikt nie oddaje życia za definicję, za hasło w encyklopedii, za wydumaną abstrakcję. Dlaczego matka potrafi oddać życie za swoje dziecko? Bo to dziecko jest realne, jest żywe, i jest to jej dziecko.


Piotr i Paweł oddali życie za Jezusa, bo ten Jezus był realny, żywy, i to był ich Jezus.


I to nie jest kwestia fizyczności. Paweł prawdopodobnie nigdy nie spotkał Jezusa w czasie jego ziemskiej działalności. Piotr spotkał oczywiście Jezusa, był jego uczniem, ale doświadczenie Piotra polegało na czymś głębszym. O tym mówi dzisiejsza Ewangelia: "Jezus (…) rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie." (Mt 16,17)


Tę realność Boga poznajemy w swoim sercu i w swojej głowie. I jest to Boże objawienie - dar Boga. To jakby zasłona spadała z naszych oczu. I widzimy jasno co jest co i kto jest kto. Poznajemy i doświadczamy Jezusa, doświadczamy nieba, doświadczamy Bożej miłości. I wtedy odkrywamy naprawdę co to znaczy wierzyć. Odkrywamy co to znaczy żyć z Jezusem i dla Jezusa.


Ja nie chcę was uczyć o Jezusie. Nie chcę wam o Nim opowiadać. Ja chcę byście tego Jezusa doświadczyli. Chcę, by Jezus porwał was do nieba, chcę by szeptał swoje tajemnice wprost do twojego serca, chcę byś Go dotykał. Tylko to ma sens.


Jak to zrobić? Wydaje mi się, że to się wszystko zaczyna od pragnienia. Wracamy wtedy jednak do punktu wyjścia - jak pragnąć czegoś czy kogoś, kogo się jeszcze nie spotkało? Spróbujmy jednak mocno zapragnąć tego, czego każdy z nas ma jakieś doświadczenie. Zapragnijmy miłości pamiętając, że Bóg jest miłością.


Każdy z nas chce kochać i być kochany. Każdy z nas doświadczył miłości - różnej, niekoniecznie doskonałej. Czasami doświadczamy miłości przez jej brak - doświadczamy wtedy jak ona jest potrzebna, jak niezbędna do życia. To wszystko pozwala nam poczuć smak miłości. To daje nam jakieś doświadczenie miłości. Wzbudźmy teraz to pragnienie miłości mając świadomość, że miłość Jezusa to setki i tysiące razy mocniejsze doświadczenie niż kiedykolwiek doświadczona miłość czy nawet nasze wyobrażenie miłości. Trwajmy w tym pragnieniu miłości. A po Mszy Świętej zapraszam do przeżycia pewnego gestu. Kto z was będzie chciał niech podejdzie do ołtarza a ja na jego głowę włożę ręce. Będę się modlił o doświadczenie Boga, o Jego dotknięcie, Jego moc.


To nie będzie magia i zaklęcie. To będzie gest błogosławieństwa czyniony z moją wielką troską i miłością wobec ciebie. Wszystko po to, byś doświadczył niewysłowionej troski i niewyobrażalnej miłości Jezusa. Jezus jest. Jest tu obecny - żywy i realny, i pełen mocy. I chce przyjść do ciebie. Dać ci doświadczenie spotkania z Nim. Chce cię dotykać, błogosławić, uzdrawiać. Dając siebie chce ciebie. Na zawsze.


ks. Zbigniew Paweł Maciejewski


Zajrzyj też tutaj:


Nie wystarczy czytać o Bogu
Trzosy, które nie niszczeją
Prawdziwa pokuta, prawdziwe nawrócenie
Wiara to nie tatarski jasyr
Upadek i powstanie
Wszyscy razem - efekt borowika
Przyjacielu, po coś przyszedł?